O szczególnych Ludziach, niezwykłych zdarzeniach i o sobie

Ja o sobie:
Janusz Józef Adamczyk ur. w 1947 r. k.Opola Lubelskiego
Ukończyłem: 1.Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Krakowie (praca mgr z psycho-pedagogiki na podstawie badań przeprowadzonych w I LO w Świdniku)
2. Studia Doktoranckie w Instytucie Badań Edukacyjnych w Warszawie (zdałem egzamin doktorski z filozofii w Uniwersytecie Warszawskim – jako warunek obrony pracy dr); praca dr z psycho-pedagogiki na podstawie badań 1000 osobowej grupy młodzieży w woj. lubelskim (wielkość i jakość próby pozwalała odnieść wyniki badań do całej populacji wiekowej w naszym kraju); do obrony pracy nie doszło w efekcie „zawirowań stanu wojennego” (szczegóły w jednym z felietonów)”.
Debiutowałem w 1967 r. wierszem (debiut prasowy) pt. „Wystarczy tylko szept”
Wydałem:
Tomiki poezji:
1. „Płonąć, aby żyć”, 1993 r.
2. „Umieranie czasu”, 1994 r.
3. „Płonąca skała”, 1995 r.
4. „Wzajemność”, 1996 r.
5. „Dziesięć wierszy na drogę do raju”, 1998 r.
6. „Z daleka i z bliska”, 1998 r.
7. „Między Alfą a Omegą”, 1999 r.
8. „Tajemnica życia i śmierci”, 2000 r.
9. „Tajemnica Zmartwychwstania”, 2001 r
10.”Na mistycznej ścieżce”, 2004 r.
Zbiorek esejów:
„Rozważania o tworzeniu siebie i swego dzieła”, 2002 r.
Ożeniłem się w 1986 r. z B.M. W małżeństwie tym przyszło na świat czworo dzieci – Mateusz, Dalia, Klaudia, Benedykt. Rozwód (bez orzekania o winie) w 1991 r.; na życzenie b.ż. córki pozostały przy mnie, natomiast synów zatrzymała b.ż. przy sobie, (Sądy Rodzinne w Polsce nie traktują poważnie stanowiska ojców w sprawie dzieci, przynajmniej tak było, kiedy toczyła się nasza sprawa rozwodowa). Reperkusje sprawy poruszonej w niniejszym punkcie – w jednym z felietonów.
Sformułowałem:
Definicję „poezji”: Poezja, to specyficzny wyraz myśli i przeczuć, za pomocą którego poeta wyraża sens i niepowtarzalność ludzkiego istnienia.
Memento: Naciski pozorów pogłębiają pustkę!
Logo: Im pełniejsza harmonia, tym głębszy sens!
Definicję pojęcia” dusza”: Dusza, to boska dyspozycja, która pozwala, wraz z nieuchwytnym udziałam Absolutu, uformować swój żywy ślad.
Ubolewam, że małżeństwo nasze się rozpadło, chociaż były szanse, aby trwało, ale znaleźli się (prócz dobrze życzących) tacy ludzie, którym bardzo zależało, aby ropad nastąpił..
Mam pretensję do człowieka, który zablokował mi obronę pracy doktorskiej.
Pracuję nad kolejnym tomikiem poezji, ale nie wiem, czy będzie wydany – brak sponsorów!
Interesuję się: 1. Filozofią, a w szczególności antropologią filozoficzną. 2. Mistycyzmem – zgłębianie i przeżywanie.
Hobby: 1. Wędrowanie po górach. 2. Fotografowanie kwiatów i ulotnych zjawisk przyrodniczych. 3. Walka z głupotą (do tej pory skuteczna) – z fałszywymi i idiotycznymi oskarżeniami, błędnymi decyzjami, bezsensownymi postanowieniami i orzeczeniami.
Kontakt: < janusz-adamczyk11@wp.pl >

Ja o sobie:

Lat przybywa – czas na konfrontację wiedzy naukowej z wiedzą życiowa, czyli – refleksja i wnioski.

1. Życie pokazuje, że bycie człowiekiem dobrym jest bardzo ryzykownym sposobem istnienia, ale, moim zdaniem, warto być takim właśnie człowiekiem. Chciałbym jeszcze trochę pożyć, aby móc z większą pewnością wypowiedzić się w tej sprawie. Jest początek roku 2008, – koduję ten tekst w mojej pamięci i postanawiam /jeśli dane mi będzie życ/ odnieść się do tej refleksji za dwa lata, czyli w 2010 roku.
2. Wszystko wskazuje na to, że mają rację ci psychologowie i pedopsychiatrzy, którzy twierdzą, że sposób traktowania dziecka przez matkę, już w pierwszych miesiącach życia dziecka, ma decydujący wpływ na jakość sfery emocjonalnej dojrzałego człowieka, czyli na jego inteligencję emocjonalną. Warto w tym miejscu wspomnieć, że wysoki iloraz inteligencji wcale nie musi świadczyć o wysokiej inteligencji emocjonalnej: o tej pierwszej – w bardzo poważnym stopniu decydują geny, natomiast o tej drugiej – postawa matki. Jestem więc zwolennikiem i gorącym propagatorem wszechstronnrgo rozwoju człowieka, właśnie dlatego moja strona literacka zawiera foldery z różnymi treściami; trudno bowiem wyobrazić sobie poetę nie majacego pojęcia o filozofii, psychologii, religiach czy mistyce, trudno też wyobrazić sobie człowieka bardzo inteligentnego i jednocześnie bardzo niedojrzałego emocjonalnie, niestety, i jednych i drugich spotyka się coraz cześciej.
3. Są też i tacy ludzie, którzy udają bardzo inteligentnych i bardzo dobrze wychowanych, udając takich nie czynią nic, aby stawać sie rzeczywiście mądrzejszymi i bardziej szlachetnymi, cały ich wysiłek idzie w udawanie, kóre bardzo często jest po prostu naśladowaniem.

Poruszyłem w/w tematy w folderze „Ja o sobie…”, poniważ jest tak, że w życiu człowieka przychodzi taki czas, kiedy trzeba zadecydować, – z kim warto przebywać, a kogo należy unikać? Odpowiadając dzisiaj na to pytanie, wyjawię, że najbardziej unikam tych ludzi, którzy nie są sobą i sami nie wiedzą – tak bardzo się pogubili w tym udawaniu – kim naprawdę są.

Ja o sobie:
Zamiast „prozą” przedstawiam się „poezją”

Sztuka życia
Idąc przez życie
człowiek potyka się i chwieje
nie ma pewności na szczycie
nie zna godziny ostatniej
Przemierza pustynie i bagna
unosi się w przestworza
sięga dna głębin
wszędzie spotyka ludzi
stając przed tym (.)co było
i przed tym (.)co będzie
rozumie
albo nie rozumie
JEST
albo nie-jest

Życie z poezją
Czy życie jest poezją? –
Nie zawsze i nie wszędzie!
Ale zawsze i wszędzie
można posłużyć się poezją! –
bywa ona lekim i balsamem
kluczem i olśnieniem
(.)to zależy –
kto ją tworzy
i dokąd zmierza!

Akt milczenia
Milczeć
nie oznacza – nie myśleć
ale myślenie
to nie tylko zabawa pojęciami
to doznawanie i współbrzmienie
nagła przemiana
i powtórne narodziny!
Milczeć
aby usłyszeć melodię chwili
poczuć rytm serca
przeniknąć ciszę
uchwycić oddech!
Milczeć
by
stanąwszy przed człowiekiem
zadecydować –
razem
obok
czy w przeciwną stronę!

Ja o Ludziach:

Najprawdopodobniej każdy człowiek spotkał w swoim życiu ludzi, którym coś szczególnie cennego zawdzięcza, właśnie takim Ludziom pragnę poświęcić część niniejszego folderu mojej literackiej strony.

Jednym z w/w Ludzi jest św.p. Pułkownik Witold Ostromęcki

Po zdaniu matury (w 1965 r.) uznałem, że najlepszym rozwiązaniem , w mojej ówczesnej sytuacji egzystencjalnej, będzie zaciągnięcie się do wojska, tak też uczyniłem.. Po kilku miesiącach pobytu w wojsku zorientowałem się, że moja osobowość nie pasuje do „wojskowego życia, ale skoro zdecydowałem sie być żołnierzem, więc cierpliwie trwałem do końca służby. Kiedy przyjechałem na świąteczną przepustkę (1967 r.) rodzina zasugerowała mi, że są poszukiwani w naszym województwie nauczyciele przysposobienia obronnego; wracając do jednostki wstąpiłem do Kuratorium Lubelskiego, tu przyjął mnie Pułkownik Witold Ostromęcki. Pułkownik przemile mnie zaskoczył, jakże byl inny w swoim zachowaniu sie od tych pułkowników, których spotykałem w wojsku, wymiana spojrzeń wystarczyła, abym nie musiał się „prężyć na baczność”. Pierwsze pytanie Pułkownika brzmiało: „Jakie masz studia?” Moja odpowiedź: „Żadne.” Pułkownik: „Czasami z kilkoma fakultetami nie nadają się do pracy z mlodzieżą. Jeśli weźmiesz udział w obozie, to tam przejdziesz szkolenie i zadecydujemy. Proszę papier i długopis, pisz prośbę o przyjęcie na obóz.”
Wspomniany obóz był prawdziwą szkołą życia. Pułkownik Witold Ostromęcki „panował” nad ok. 600 osobową grupą młodzieży i nad ok 50 osobami kadry, to było Jego w całej pełni ojcowskie panowanie, wszyscy czuli się bezpiecznie, wszyscy byli najedzeni i zadowoleni. Fenomen Pułkownika polegał na tym, że nikt się Go nie bał, ale wszyscy bardzo Go szanowali i bardzo Go kochali. Czasami Pułkownik na kogoś krzyknął, ale każdy wiedział, że był to raczej żart, a w żadnym wypadku nie była to chęć pokazania swojej wyższości. Poczucie humoru, uśmiech na twarzy, ciepły i serdeczny stosunek do każdego sprawiały, że nikt nie omijał Pulkownika szerokim łukiem, a wręcz odwrotnie – szukano okazji, aby być jak najczęściej w pobliżu Pułkownika. Zdarzało się, że Pułkownik musiał kogoś zrugać, ale to nie było to przykre przeżycie, było ono pouczające i zawstydzające, a nade wszystko uswiadamiające winnemu, że błędu tego mógł nie popełnić, – wystarczyło wykazać więcej uwagi i więcej poczucia odpowiedzialności tak za słowa, jak i za czyny.
Jego nieustająca i absolutnie bezinteresowna troska o nauczycieli sprawiała, że „podlegający” Mu nauczyciele darzli Go bezgranicznym zaufaniem, nikogo nigdy nie zawiódł, nikogo nie zdradził, a co do polityki mówił: „Nauczyciel musi mieć dystans do spraw politycznych”. Proszę zauważyć, mówił to Człowiek, który przeszedł szlak bojowy od Lenino; tak mówił i tak postępował, nie dzielił nauczycieli na partyjnych i bezpartyjnych, tylko na tych, którzy dobrze pracują i tych, którzy źle pracują. Zawdzięczam Pułkownikowi swoje odnalezienie się w zawodzie nauczycielskim, w którym przepracowałem 40 lat. Pułkownik Witold Ostromęcki patrzył na ludzi sercem, to więcej mówiło Mu o ludziach, niż dzisiaj mówi o człowieku jego najbogatsze CV z najpiękniejszym zdjęciem.

Ja o zdarzeniach:

Zdarzenia, które szczególnie mocno poruszyły mnie, zmieniły i nieustająco tkwią w mojej pamięci.

Zbawienny KRZYK KOBIETY

Każdy studiujący człowiek czeka na ten szczególny dzień – obronę pracy magisterskiej. W moim życiu taki dzień też się zdarzył, i bardzo go zapamiętałem! Ponieważ pogoda ma na mnie ogromny wpływ, więc poprzedniego dnia wieczorem ze szczególną uwagą obejrzałem końcowa część dziennika TV – zapowiadał się piękny dzień. I rzeczywiście tak się zaczął – bezchmurne niebo z przepięknym majowym błękitem, a do tego jeszcze kwitnące krzewy i lekki ciepły wiatr, dzięki któremu można było podziwiać także inne walory pięknych roślin – ich zapach. W takiej to scenerii udałem się do mojej uczelni. Około g.12 zostałem poproszony do sali. Obrona przebiegała bardzo przyjemnie, a zwłaszcza jej końcowa część, kiedy to usłaszałem następujące słowa: „Proponujemy panu objęcie stanowiska asystenta i rozpoczęcie u nas studiów doktoranckich.” Propozycja ta wywarła na mnie przeogromne wrażenie: po wyjściu z uczelni szedłem ulicą bardzo, bardzo zamyślony, a potrafię się tak zamyśleć, że ani nie słyszę, ani nie widzę, co się wokół mnie dzieje. Gdy tak właśnie szedłem, „obudził mnie” przerażający krzyk KOBIETY, odruchowo zatrzymałem się, oglądając się do tyłu, skąd dobiegał ten krzyk, w tej właśnie sekundzie poczułem impet pędzącego tuż przede mną tramwaju, znieruchomiałem, pierwsza myśl, jaka pojawiła się w mojej głowie, to PODZIĘKOWAĆ KOBIECIE, która uratowała mi życie, właśnie w tym momencie zmieniły się światła na zielone i ludzie zaczęli przechodzić przez jezdnię, wśród nich była ta KOBIETA, która chwilę wcześniej „odważyła się” tak bardzo głośno i z całego serca krzyknąć na mnie; nie wiem, jak wyglądała, ile miała lat, dlaczego to uczyniła? Wiem, że dzięki NIEJ dzień 27 Maja 1977 roku nie był ostatnim dniem mojego życia.

Ja o Ludziach:

Ojciec Michał (dominikanin)

W życiu każdego człowieka zdarzają się załamania i kryzysy> Jeden z takich kryzysów przeżyłem trzydzieści trzy lata temu. Glówną przyczyną wspomnianego kryzysu było zablokowanie mi (przez zazdrosnego i wiernie służacego ówczesnej władzy dyrektora) obrony pracy doktorskiej. Fakt ten przeżyłem bardzo boleśnie, albowiem studia doktoranckie traktowałem najzupełniej serio, przeprowadziłem bardzo obszerne badania pedagogiczno-psychologiczno-socjologiczne na 1000 osobowej grupie młodzieży, co upoważniało mnie do uogólniania wyników badań na cały kraj, zdałem (warunkujący obronę pracy) egzamin doktorski z filozofii, – i wszystko to na marne! Załamałem się i postanowiłem wyjechać do Szwecji. Trasa wycieczki wiodła przez Leningrad, niestety, tu włożono mi kij w szprychy i pokazano, „co potrafi władza radziecka”. Po zawróceniu mnie, nasza władza oznajmiła mi, że będą kłopoty z pracą i z mieszkaniem. W tej sytuacji postanowiłem zejść ludziom z oczu.
Był mglisty listopadowy poranek, wyszedłem z domu z myślą, że już nigdy mogę do niego nie wrócić; godzinę poźniej pukałem do furty klasztornej ojców dominikanów. Los tak chciał, że zajął się mną ojciec Michał; po kilkugodzinnej rozmowie ojciec Michał rzekl: „Masz już swoje lata, a tutaj jest określony porządek, nie wiem, czy rola odźwiernego – Janie, otwórz furtę! Janie, zamknij furtę! – będzie ciebie urządzała? Wiesz – kontynuował o. Michał – ja mam taka dewizę: Bierz Michale, co ci Pan Bóg daje!”
W taki oto spsób ja wziąłem Barbarę za żonę!!!

Ja o zdarzeniach:

Szczęście czy Opatrzność?(1)

Jak wiemy, dzieci bardzo lubią jazdę na saneczkach; kupiłem więc ładne drewniane sanki i z niecierpliwością czekaliśmy na śnieg. Wreszcie zrobiło się biało i poszliśmy na górkę. W Świdniku wszystkie górki są „tworami sztucznymi”, jedną z takich górek była po prostu ściana boczna (od strony bramki) boiska do piłki nożnej, właśnie ta „górka” była wykorzystywana przez dzieci do zjeżdżania na saneczkach. Zabawa w tym miejscu była bezpieczna, ponieważ torowisko zjazdowe znajdowało sie w dużej odległości od bramki (typowej, metalowej bramki, jakie znajdują się na boiskach piłkarskich), prawie w rogu w/w boiska. Usadowiłem więc córki na saneczkach, odczekałem chwilę, aby sanki przed nami zjeżdżające były już na dole, i – „start”. Po kilku sekundach (kiedy były w połowie stoku) sanki z córkami nagle skręcają ok. 45 stopni i kierują się dokładnie w słupek bramki, widząc to, krzyknąłem z całych sił: HAMUJ!!! STÓJ!!! Niestety, moje maleństwa (bliźniaczki miały wówczas po cztery latka) nie potrafiły ani skręcać, ani hamować, i, sekundę później, znalazły się „na słupku”. Co sił w nogach przybiegłem do Nich, nie da się opisać tego, co wówczas czułem, z jednej strony – ogromne przerażenie, a z drugiej – radość, że nic się Im nie stało, a mogło, – poprzeczka z przodu saneczek była przełamana na pół, a ostrza tych połówek zatrzymały się na kombinezonie, dosłownie milimetr od brzuszka córki siedzącej jako pierwsza.
Do dzisiaj „obrazek” ten przeraża mnie i daje mi dużo do myślenia, córka mogłą zginąć, uderzając glówką w słupek bramki, a do tego mogły wbić się w jej brzuszek dwie bardzo ostre zadry z roztrzaskanej poprzeczki sanek, dzielił ją milimetr od śmierci. Dlaczego saneczki nagle skręciły i skierowały się dokładnie prosto w słupek bramki? Czy mój przerażajacy KRZYK, niewątpliwie słaszany przez córki, w jakiś sposób Im pomógł?

Ja o sobie:

Możliwość odstąpienia niektórych, z wydanych przeze mnie, ksiażeczek.

Poezja jest drogą do poznania człowieka; gdyby Ktoś właśnie w taki sposób chciał mnie poznać, lub tylko poczytać mojej poezji, to dysponuję jeszcze pewną ilością wydanych tomików (z wyjątkiem tomiku debiutanckiego „Płonąć, aby życ”)oraz wydanym zbiorkiem esejów. Zainteresowanej Osobie mogę wysłać (po uzgodnieniu odpłatności) któreś z w/w książeczek. Kontakt < janusz-adamczyk11@wp.pl >

Ja o Ludziach:

Towarzysz z Kursu PCK.

W latach sześćdziesiątych były bardzo modne (i chyba bardzo wówczas potrzebne) oraz bezpłatne różnego rodzaju kursy. Korzystając z takiej możliwości edukacji zapisałem się na Centralny Kurs PCK w Poznaniu. Po przybyciu do Ośrodka PCK zakwaterowano nas w dwuosobowych pokojach. Po kilku dniach prawie milczenia mój Współlokator – dużo starszy ode mnie mężczyzna przemówił do mnie słowami: „Widzę, że jesteś podobny do mnie, czeka cię ciężkie życie, ja, takie miękkie gówno w kołnierzu, już wiele w swoim życiu straciłem, każdy na ciebie wejdzie, wykorzysta, zechce zniszczyć.” Byłem zaskoczony tymi słowami, że w ogóle ktoś może tak o sobie powiedzieć, a już absolutnie nie przyjmowałem tych słów do siebie, byłem bardzo młodym człowiekiem, który dopiero co (z kategorią zdrowia „A”) wyszedł z wojska i któremu wydawało się, że wszystko jest w zasięgu jego rąk. Niestety, z każdym rokiem słowa Wspólokatora Kursu PCK stawały się dla mnie coraz bardziej zrozumiałe. Ta brzydko brzmiąca metafora niezwykle trafnie ujmuje los ludzi spolegliwych; tacy ludzie bardzo czesto stają się ofiarami ludzi-katów, ci ostatni w jakiś przedziwny sposób już bardzo wcześnie rozpoznają swoje ofiary, a następnie maskując się pozyskują je. Nim ofiara się ocknie, utraci już wiele krwi.
Już dawno nie żyłbym, gdyby nie słowa w/w Towarzysza, dzięki Jego nauce zdążyłem się przebudzić, nim wyssano ze mnie wszystką krew. Prawda jest smutna, – kaci mają duże możliwości, kat kata popiera w każdej instytucji i w każdym miejscu na ziemi, ale nie można tracić nadziei, także ofiary się rozpoznają i wzajemnie sobie pomagają.

Ja o zdarzeniach:

Osobiste przekonanie – „prawda wewnętrzna” może pozostawać w sprzeczności z „prawdą zewnętrzną”, co nie oznacza, że „prawda wewnętrzna” musi być fałszem.

Był taki czas, kiedy uczyłem wychowania fizycznego i prowadziłem sekcję akrobatyczną. Wykonywanie układów akrobatycznych wymagało wielkiej koncentracji, tym większej im układ był bardziej skomplikowany, a tym samym i bardziej niebezpieczny dla ćwiczących. W zwiazku z tym, że nasze popisy akrobatyczne podobały się ludziom, więc byliśmy zapraszani na różne imprezy, ktore były poprzedzane tzw. częścią artystyczną. Na jedną z takich imprez, mającą się odbyć w Lublinie, przygotowywaliśmy sie wyjątkowo solidnie, nowścią na tym występie był akompaniament na fortepian w wykonaniu jednego najbardziej umuzykalnionych uczniów w szkole. Po zejściu ze sceny zwróciłem się do tegoż ucznia z pytaniem: „Dlaczego nie grałeś?!” Byłem tak skoncentrowany na wykonywaniu ćwiczenia, że nic „z zewnątrz” nie docierało do mnie, nie słyszałem ani muzyki, ani braw, ani innych odgłosów z widowni. Dopiero osoby wspołćwiczące i asekurujące ćwiczenia wyprowadziły mnie z błędu, przekonując mnie, że był akompaniament. Od tamtego czasu wiem, że osobiste przekonanie człowieka, wcale nie musi być zgodne z „prawdą zewnętrzną.”
Termin „prawda zewnętrzna” opatrzyłem cudzysłowem, ponieważ ani w psychologii, ani w filozofii, ani nawet w życiu codziennym taki termin nie funkcjonuje, występują natomiast takie terminy jak: „prawda absolutna”, „prawda obiektywna”, „prawda względna”. Wyżej opisane zdarzenie dowodzi, że ja nie kłamałem, wiem, że na pewno nie słyszałem muzyki, mimo, że takowa była słyszana przez inne osoby obecne na sali. Z tego wypływa taki wniosek, że w pewnych stanach świadomości, kiedy uwaga człowieka jest mocno skupiona na wybranym fragmencie rzeczywistości, może występować ograniczenie percepcji docierajacych do tegoż cżłowieka sygnałów.
Skoro istnieje możliwość takiego się skupienia, więc jest ono człowiekowi potrzebne, oczywiście nie zawsze i nie wszędzie, a niekiedy może być wręcz szkodliwe, co wykazałem w tekście (5). Tak czy inaczej, mówienie o „prawdzie wewnętrznej ” (nie chodzi o tzw. odczucia subiektywne, ja nie słyszałem tej muzyki – mimo, że ona, obiektywnie rzecz biorąc, do moich uszu docierała – co było, i jest, dla mnie do dzisiaj prawdą absolutną) i „prawdzie zewnętrznej” ma jak najbardziej sens!
Przedstawione wyżej zdarzenie ma bardzo głębokie implikacje psychologiczne i filozoficzne, a nawet medyczne i prawnicze; mam podstawy twierdzić, że wiedza, dotycząca tego typu zjawisk na pewno istnieje, nie jest ona jednak „rozpowszechniana”, a w związku z czym może być, i najprawdopodobniej jest wykorzystywana, np. w salach sądowych „po stronie tych”, którzy są w stanie opłacić „drogich” mecenasów. Stąd wypływa kolejny wniosek – im bardziej wyedukowane społeczeństwo, tym wyzszy poziom sprawiedliwości.
UWAGA! Uzupełnienie znajduje się w Folderze ….. 11 ….. (1) Uzupełnienia: …..Maj/czerwiec 2008.(A).
 

Ja o zdarzeniach:

Szczęście czy Opatrzność?(2)

Zdarzało się, że córki pozostawały same w domu (od trzeciego roku ich życia musiałem sam je wychowywać); kiedy nie spały, to były bardzo aktywne, ciągle coś nowego wymyślały. Pewnego dnia przywitały mnie bardzo przestraszone, już w progu wiedziałem, że musiało się stać coś bardzo niedobrego, szybko pobiegłem do ich pokoju i znieruchomiałem, szafo-regał (taki specyficzny mebel składajacy się z regału, szfki i stolika) leżał oparty niewielką jego cześcią na małym stoliku. Po pewnym czasie córki wyjaśniły mi, że weszły na ktorąś z wyższych półek regału, po czym ten wraz z nimi przewrócił się, ale ponieważ (zupełnie przypadkowo!!!) stał w pobliżu mały stolik, więc szafo-regał zahaczył o ten stolik, co pozwoliło córkom uciec spod niego, dzięki czemu uniknęły śmierci.

 

Ja o zdarzenich:

Szczęście czy Opatrzność? (3)

Były to pierwsze dni pierwszej kalsy szkoły podstawowej. Dzieci w tym wieku nie lubią wstawać zbyt wcześnie, a klasa, do ktorej córki zostały zapisane, miała właśnie każdego dnia na godzinę ósmą! W tej sytuacji trudno było uniknąć pośpiechu przed wyjściem do szkoły, najpierw pomagałem ubierać się jednej córce, która, aby się nie przegrzać, wychodziła z mieszkania i oczekiwała na klatce na wyjście drugiej i mnie, po czym brałem je za rączki i schodziliśmy po schodach (z drugiego piętra) do wyjścia z bloku. Któregoś dnia, po wyjściu z mieszkania tuż za drugą (po ubraniu ich ubierałem się dopiero ja i wychodziłem jako ostatni) córką zauważyłem, że tej pierwszej nie ma, pytam więc: Gdzie Klaudia? Dalia wyciąga rączkę i pokazując na dół, mówi: „Tam, ona spadła”. Kiedy przerażony spojrzałem w dół, zobaczyłem podnoszącą się na półpiętrze Klaudię, zamarłem w bezruchu, tymczasem córka – która stoczyła się jak kuleczka po schodach – poprawiwszy sobie tornister zaczęła, jakby nigdy nic, schodzić powolutku po schodach. Dalia, patrząc na mnie przerażonego, dodała: „Tato, ona spała.”

 

Ja o Ludziach

Przyjaciel Heinrich (1)

Do Bergen (Bawaria) przybyłem w środku lata wprost na sianokosy (taki był cel mojego wyjazdu do Niemiec). Heinrich, któremu miałem pomgać, mieszkał sam, więc i sam przygotowywał posiłki. Po powrocie z łąki, (na którą wybraliśmy się już na drugi dzień po moim przyjeździe), Heinrich rzekł do mnie: „Idź, odpocznij, ja przygotuję obiad.” Po kilkunastu minutach (dochodziła godzina 12) usłyszałem wołanie: „Janusz! Janusz! Gotowe!” Zbiegłem (a byłem bardzo głodny) do kuchni, Heinrich siedział już przy zastawionym stole, więc usiadłem i chwyciłem za łyżkę, w tym momencie usłyszałem słowa modlitwy „Anioł Pański…” ; zrobiło mi się potwornie głupio, przełknąwszy z wielkim trudem i wstydem pierwszą łyżkę zupy dołączyłem do modlitwy. W owej chwili zrozumiałem i poczułem, że człowiek różni się od zwierzęcia między innymi także i tym, że jest w stanie unieść się ponad potrzeby biologiczne, że posiada potrzeby duchowe, którym może, i powinien, nadać wysoką rangę, wyższą od potrzeb biologicznych, co wcale nie oznacza, że potrzeby bilogiczne mają być podporządkowane potrzebom duchowym, i jedne i drugie mają swoją autonomię, ale jest sens szukania czegoś, co określiłbym mianem istnienia możliwości doświadczania prymatu ducha nad ciałem. Tego typu przeżycia nie zdarzają się na zawołanie, nie są też efektem jakiegoś uporczywego treningu, jest to bardzo skomplikowana sfera ludzkiego ducha, niełatwo ją poczuć, nie mówiąc już o uświadamianiu sobie „treści” tej sfery i możliwościach jej „wykorzystywania” w sytuacjach życiowych.. Myślę, że w tych czasach, kiedy uwaga wielu ludzi – szczególnie w kulturze zachodniej – jest skierowana tylko i wyłącznie na ciało, to samo już uświadamianie sobie, że istnieje taki teamt jak „sprawy duchowe”, jest bardzo ważne tak z psychologicznego punktu widzenia, jak i z humanistycznego w ogóle.
To właśnie pobyt u Heinricha i jego podejście do życia zainspirowały mnie do wyżej wspomnianych poszukiwań.

Ja o zdarzeniach

Nie mogłem uwierzyć własnym oczom

Jak już wcześniej wspominałem (w cyklu „Ja o zdarzeniach”), od 1991 roku sam wychowywałem córki bliźniaczki. Któregoś wieczoru odwiedziła mnie znajoma.. Uzgodniliśmy, że gdy córki zasną, to odprowadzę ją do jej siostry, u której miała przenocować. Po kilku godzinach wspominania dawnych lat, upewniwszy się, że córki już śpią (w ich pokoju światło było zgaszone i nie dochodził stamtąd nawet najmniejszy szmer), cichutko ubraliśmy się i wyszliśmy z domy zamykając za sobą drzwi na klucz. Do w/w miejsca noclegu mojej znajomej było około 2,5 km. Kiedy znaleźliśmy się przy furtce prowadzącej do w/w domu, ustaliliśmy, że będę stał przy tej furtce do chwili, aż moja znajoma zaświeci światło w mieszkaniu. Po kilku minutach czekania, zacząłem się rozgladać; była to późna jesień, padał deszcz, było zimno, miejsce nieciekawe bo pod lasem i bardzo słabo oświetlone; przemierzając wzrokiem po pniach drzew rosnących tuż przy chodniku wydało mi się, że zza jednego z nich ktoś, albo „coś” się wychyliło i gwałtownie się schowało, pomyślałem sobie, że na pewno coś mi się przywidziało, byłem świadom zmęczenia, senności, i tego, że w takim stanie quasi omamy są jak najbardziej możliwe. W końcu swiatło w mieszkaniu znajomej się zapaliło i ja wyruszyłem w drogę powrotną, dochodząc do tego „podejrzanego” drzewa dostrzegłem jakby maleńką postać przytuloną do jego pnia, gdy podszedłem bliżej, oniemiałem, nie mogłem uwierzyć własnym oczom, – przy pniu drzewa stała jedna z moich córek bliźniaczek, stała w ciapach, w pidżamce i z gołą główką, zaniemówiłem. Do dzisiaj nie wiem, jak to Dziecko (córka miała wówczas 6 lat) wyszło z domu? Jak odnalazło nas idących w ciemnościach? Dlaczego zdecydowało się iść za nami, i iść w absolutnej ciszy i „niewidoczności”, jak duch?
Tematem mojej pracy, tak magisterskiej jak i doktorskiej, były pewne aspekty okresu dorastania, trudno jednak sobie wyobrazić zajmowanie się okresem dorastania bez poznania i powoływania się na okres dzieciństwa; między innymi i z tego też powodu studiowałem literaturę dotyczącą dzieciństwa,okresu noworodkowego i niemowlęcego, i z poczuciem pełnej odpowiedzialności mogę stwierdzić, że literatury fachowej na ten temat jest bardzo mało, a literatury dotyczącej bliźniąt (nie mówiąc już o trojaczkach czy czworaczkach) nie ma w Polsce w ogóle! Stąd też tyle pytań – dotyczących „tajemniczych” zachowań małych dzieci – pozostaje bez odpowiedzi! Gorzej, jeśli rodzice pytań tych nie zadają, a tzw. „naukowcy” nie zajmują się dziećmi, bo ich nie mają, albo wychodzą z założenia, że są poważniejsze problemy, które należy badać; receptą na wszystko ma być „nakaz” kochania dzieci i „nakaz” nie bicia ich. Czy nie kompromitujemy się, głosząc takie hasła? Każdy normalny człowiek pragnie dziecka i kocha je, a jeśli je kocha to i nie krzywdzi! Czy nie jest więc tak, że ci, którzy głoszą w/s hasła traktują ludzi jako chorych psychicznie? Czy nie jest więc tak, że żyjemy w jakimś paranoicznym świecie?!

Ja o Ludziach

Przyjaciel Heinrich (2)

Mam naturę człowieka pogodnego, nawet w chwilach wielkich zmartwień potrafiłem i potrafię znaleźć „coś”, co uraduje serce i podtrzyma na duchu. Pamietam cieżkie chwile (rok 1996) oczekiwania na wyznaczoną już (na tablicy u pielęgniarki dyżurnej widniało moje nazwisko , a przy nim data i godzina operacji) operację kregosłupa. Los tak chciał, że położono obok mnie człowieka tuż po oeracji kręgosłupa, przeszedł bardzo cieżką operację, był już po pobycie w sali intensywnej opieki medycznej, widziałem, że bardzo cierpi, tym większy lęk mnie ogarniał, ale udało się nam znaleźć „wspólny język” – wkrótce zauważliśmy, że mamy skłonności do przezwyciężania bólu autentycznie serdecznym śmiechem, więc bez większego wysiłku udawało sie nam znajdować powody do takiego śmiechu, absolutnie prawdziwego śmiechu, który „zainteresował” nawet pielegniarkę dyżurną, mającą swój stoliczek daleko od naszej sali.Wspominam to zdarzenie dla przybliżenia jednej z cech mojej natury, być może właśnie z powodu tej cechy nikt nigdy (do czasu wyjazdu do Bawarii) nie zapytał mnie, czym się martwię. Jakże byłem zdumiony, gdy po kilku dniach pobytu u Heinricha („Przyajciel Heinrich” – h13), usłyszałem pytanie: „Ciebie coś gryzie, czy możesz mi powiedzieć, czym się martwisz?” Moja odpowiedź na to pytanie stała się kanwą naszych codziennych rozmów. To właśnie Heinrich przekonał mnie, że jest sens wydania tomiku moich wierszy, a nawet pomógł mi w zrealizowaniu tego przedsięwzięcia; tak to po trzydziestu latach pisania do szuflady wiersze moje ujrzały światło dzienne. Jestem przekonany, że gdyby nie wyżej wspomniane rozmowy z Heinrichem, to nigdy nie zdecydowałbym się na opublikowanie mojej poezji, i najprawdopodobniej nikt w naszy kraju (przynajmniej do tej pory to się jeszcze nie zdarzyło) nie zapytałby mnie, czym się martwię?
 

Ja o zdarzeniach

Szczęście czy Opatrzność? (4)

W sierpniową niedzielę r. 1967 wybraliśmy się we trójkę – moja siostra z jej koleżanką Bogusławą nad Wisłę; było to tradycyjne miejsce naszych spacerów z dwóch powodów – pięknego krajobrazu i niewielkiej odległości od miejsca zamieszkania naszych Rodziców, gdzie w owym czasie jeszcze mieszkaliśmy. Dzień był bardzo upalny, więc pomysł kąpieli w Wiśle nie był jakimś szaleństwem z naszej strony, a do tego wszyscy byliśmy już dorosłymi ludźmi, a ja – chwilę po wojsku. Czym duch zrzuciliśmy ubrania i do wody; miejsce, które wybraliśmy do kapieli wydawło się być bardzo bezpieczne, – nie było to koryto rzeki z rwącym nurtem, ale taki niewielki meander, w którym woda prawie się nie poruszała. Moja siostra nie zdecydowała się na kąpiel w rzece, więc pozostała na brzegu. Zobaczywszy śmiało wchodzącą do wody Bogusławę pomyślałem, że na pewno dobrze zna to miejsce i umie pływać. Po kilku minutach pobytu w wodzie ujrzałem ręce Bogusi, które wykonywały jakieś rozpaczliwe ruchy i powoli znikały pod wodą, natychmiast ruszyłem w jej stronę; gdy znalazłem się w miejscu, w którym Bogusia zniknęła pod wodą, ta niespodziewanie się wynurzyła i błyskawicznym ruchem ramion objęła mój tułów przyciskając do niego moje obie rece. Poczułem się całkowicie obezwładniony z wielkim ciężarem „przyklejonym” do mojego tułowia, który powodował nasze powolne zanurzanie się w głąb wody. Z tragiczności tej sytuacji zdałem sobie sprawę dopiero wówczas, gdy poczułem chłód pod stopami, a gdy moje nogi zaczęły wchodzić w jakąś zimną maź wydającą się nie mieć gruntu zdałem sobie sprawę z tego, że mogą to być ostanie sekundy mojego życia. Pierwsza myśl, jaka w owej chwili pojawiła się w moje głowie to: co powie moja matka, która zawsze, kiedy tylko wychodziłem z domu, z wielkim namaszczeniem wygłaszała słowa: „Pamietaj, tylko nie wchódź do wody!” Wydało mi się, że widzę twarz rozpaczającej matkę, i zrobiło mi się bardzo przykro z tego powodu. W tym właśnie momencie poczułem coś w rodzaju, jakby jakaś „siła” ogarnęła nas i zaczęła wyciągać z mulistego dna, wyraźnie czułem, jak moje nogi wolniutko wysuwają się z tego bardzo zimnego mułu i błota, za chwilę moja głowa znalazła się nad powierzchnią wody, wówczas z całych sił szarpnąłem prawą ręką i wyrwałem ją z uścisku Bogusi, pracując tą ręką dopłynąłem do brzegu, gdy wychodziłem na ląd uścisk Bogusi zaczął słabnąć, a po chwili osunęła się na ziemię z strasznie bladą twarzą, wykonałem kilka czynności ratowniczych, w efekcie których Bogusia odzyskała przytomność.
Dopiero po upływie kilkunastu minut „przemówiła” siostra, ze szczegółami opisała nasz dramat w wodzie, najbardziej przerażające było to, że od chwili, kiedy zniknęliśmy pod wodą siostra wszczęła wielki krzyk, licząc na to, że ktoś z obecnych na brzegu (w letnią niedzielę zawsze w tym rejonie było sporo ludzi) ruszy nam z pomocą, niestety, nikt się nie odważył, być może dlatego, że nie jedna już osoba (o czym powszechnie wiadomo) straciła życie w nurtach Wisły.
 

Ja o sobie

Jak sam urotowałem sobie życie

W pewnej chwili stałem się posiadaczem tzw. działki pracowniczej. Z jednej strony kłopot to spory, bo sąsiedzi nie dają spokoju, gdy działkę się zaniedba (mowią wówczas, że na ich działki chwasty się rozsiewają), ale jest też i pożytek z takiego poletka, zwłaszcza, gdy w domu są małe dzieci, – dla nich to prawdziwy raj na ziemi. 12 sierpnia r. 2003 umówiłem się z córkami (które wówczas miały już po 16 lat), że ja pójdę na działkę rano, a one dołączą do mnie w godzinach późniejszych – przyjdą na obiad. Tak też się stało, córki przyszły około południa i zaczęliśmy przygotowywć obiad (kiełbaski z grila i pomodory). Spożywanie posiłku na świeżym powietrzu było dla mnie zawsze dużą przyjemnością, ale tym razem jadło mi się źle, nie czułem smaku, a nawet nagle straciłem apetyt, a to za sprawą wiadomości, jaką córki przyniosły. W pewnej chwili uświadomiłem sobie, że moje myślenie zupełnie „oderwało się ode mnie”, że wzięło górę nad wszystkim innym, że jedzenie stało się czynnością czysto mechaniczną; byłem zaskoczony tym stanem rzeczy, bo nigdy dotąd czegoś takiego nie przeżywałem, i nagle poczułem, że kawałek pomidora zatrzymuje mi się w gardle, że nie mogę go ani przełknąć , ani wypluć, szybko wstałem od stołu i zacząłem ponawiać próby wyplucia pomidora, niestety, bez efektów. Pierwsza myśl, jaka w owej chwili pojawiła się w mojej głowie,”brzmiała” tak: „Umrę na działce na oczach moich córek.” Taki sposób umierania wydał mi się zbyt prymitywny, wręcz idiotyczny i bezsensowny; biorąc pod uwagę przyczyny takiegż umierania – idiotyczna wiadomość przyniesiona przez córki oraz pomidor – poczułem coś w rodzaju niezwykle silnej potrzeby samotnej walki o swoje życie, ułamek sekundy po doznaniu takiego uczucia zacząłem bardzo silnie uciskać obiema rękami na brzuch, a więc wykonywałem na sobie samym czynność Heimlicha, O konieczności wykonywania takiej czynności (w takich chwilach) wiedziałem już od bardzo dawna, ale nigdy nie dopuszczałem takiej myśli, że bedę musiał ją wykonywać na sobie samym, i nie wykonałbym jej, gdbym pogodził się z w/w pierwszą myślą, dopiero wtedy, kiedy pojawiła się we mnie wielka wola samotnej walki o moje życie, przypomniałem sobie o czynności Heimlicha i zacząłem działać.

Szczęście czy Opatrzność (4) – c.d.: Moc miłości

Zdarzyło mi się ratować tonącą (co opisuję we wspomnieniu nr 16), niestety, w efekcie popełnionych przeze mnie błędów mogliśmy utonąć obydwoje (tonacą była moja koleżanka – rówieśniczka). Mając na uwadze – w tej „wersji” tego wspomnienia – ideę mistycyzmu ograniczę się do opisania tylko tego „momentu”, który, według mnie, z mistycyzmem ma rzeczywiście coś wspólnego. Kiedy znaleźliśmy się na dnie zbiornika (była to jedna z odnóg Wisły w rejonie Piotrawin – Kamień Puławski), poczułem, że moje nogi zapadają się coraz głębiej w zimne muliste dno rzeki, moje ręce były przyciśnięte do tułowia przez niezwykle mocno „obejmującą” mnie dziewczynę; mając świadomość swego (naszego) beznadziejnego położenia zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, że właśnie zbliża się koniec mojego życia. W ułamku sekundy ujrzałem twarz bardzo rozpaczającej mojej matki, zrobiło mi się bardzo, bardzo jej żal; była to przedziwna chwila – nie było mi szkoda mnie, bardzo bolalem nad tym, że dla mojej matki będzie to straszne przeżycie. Tak przeżywajac tę rozpacz matki poczułem, że „coś ” wyciaga nas z tego mulistego dna. Zostalśmy uratowani dosłownie cudem. Dzisiaj, tj. po ponad czterdziestu latach od w/w zdarzenia, wiem, że ani ja, ani moja koleżanka nie byliśmy Bogu tak bliscy, jak była bliską moja matka, jestem przekonany, że to właśnie ze wzgędu na nią, – aby zaoszczędzić jej cierpienia, Bóg uratował nas. Ale czy byłoby to możliwe, gdyby matka nie kochała mnie prawdziwie matczyną miłością? Jestem przekonany, że to moje „współczucie ” matce „uruchomiło” Boskie Moce, które wyniosły nas z otchłani.
Jestem świadom, że dla niektórych taka interpretacja w/w zdarzenia jest śmieszna, jest po prostu bajką; najprawdopodobniej i ja, nie mając takiego (jak wyżej opisane) przeżycia poza sobą, nie mógłbym uwierzyć w ingerencję Boga, ale osobiście przeżywszy to zdarzenie wiem, że opowiadałbym bajki, gdybym próbował pisać o jakichś „siłach natury”, „wyporności”, itp.
Są zdarzenia, które przebiegają w sprzeczności z prawami fizyki i z naszym tz. zdrowym rozsądkiem, dzieją się jakby w innej rzeczywistości, ich przebieg, a nade wszystko ich finał – uratowanie ludzkiego życia zaskakuje wielu, mówi się wówczas, że to cud. Tak, z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że cuda mają miejsce!

Ja o Ludziach

Piętnastoletnia Nicola z Lądka Zdroju – prawdziwie święta

Dnia 24 stycznia 2009 r. znalazłem sie (jako kuracjusz) w Lądku Zdroju. W poniedziałek 26 stycznia wszyscy, tak mieszkańcy miasteczka jak i kuracjusze, mówili tylko o jednym – o zabójstwie piętnastoletniej dziewczyny dokonanym przez jej siedemnastoletniego chłopaka. Początkowo trudno było uwierzyć, że ten młody chłopak mógł w tak okrutny sposób pozbawić życia „swoją dziewczynę”; niestety, to, co wydawało się być trudną do uwierzenia plotką, okazało się prawdą, – przerażającą prawdą!
W dniu 31 stycznia odbyło się nabożeństwo pogrzebowe; wśród setek ludzi, którzy przybyli na Mszę Św., znalazłem się i ja. Mszę Św. odprawiał ksiądz, który uczył Nicolę religii, ten ksiądz wygłosił też homilię. Najbardziej wzruszajacą chwilą w czasie homilii było czytanie przez księdza wypracowania napisanego przez Nicolę, wypracowanie to miało dotyczyć bierzmowania, ale Nicola odeszła nieco od tematu, – przekonywała, że trzeba ludziom wybaczać ich złe czyny. Ksiądz zakończył homilię puentą: „Nicola już za życia wybaczyła…”. Po zakończonej Mszy wszyscy pozostali w kościele, czekając na wyjście – w pierwszej kolejności – trumny z ciałem Nicoli; u „stóp trumny” było zdjęcie Nicoli, kiedy przechodziła obok mnie, spojrzałem i rozpłakałem się jak małe dziecko, – w oczach Nicoli dostrzegłem radość OSOBY ŚWIĘTEJ, – od tamtej chwili wiem, jak wygladają PRAWDZIWI ŚWIĘCI!!!

Świdnik, 31 marca 2009 r.

Ja o sobie

Nadzwyczajne przeżycia (1)

Przebywając kilka dni u córki Klaudii miałem sposobność opiekowania się Jej Córeczką. Podczas tej opieki zacząłem się zwracać do Córki imieniem mojej byłej żony, natomiast do Wnusi – słwami „córciu”. Ten sposób zwracania się do Córki i Wnusi mnie samego bardzo zaskoczył; od czasu rozwodu (czyli prawie 20 lat) nie miałem okazji wypowiadania imienia b.ż z taką powagą i czułością, jak czyniłem to właśnie teraz. Wracając od Polski miałem czas (podróż autokarem z Londynu sprzyja poddawaniu się aktom zadumy), aby dokonać psychologicznej analizy tegoż przedziwnego faktu; z analizy tej wynika następujący wniosek: Przeżycia związane z przychodzeniem na świat dzieci i opiekowaniem się nimi muszą pozostawiać trwałe ślady w psychice rodziców. Okazuje się, że nawet ogrom negatywnych i bardzo bolesnych dla mnie zdarzeń porozwodowych nie był w stanie ani zamazać, ani wypaczyć przeżyć związanych z rodzeniem się naszych dzieci i opieką nad nimi; przeżycia te musiały być wyjątkowo silne i głęboko zapadające w psychikę (przynajmniej w moją psychikę), skoro po prawie 20 latach moje w/w zachowanie się nie było niczym innym, jak tylko „powtarzaniem” wtedy wypowiadanych słów (do b.ż) i wtedy przejawianych gestów opiekuńczych wobec naszych dzieci; oczywiście miałem świadomość, że znajduję się w innym miejscu, w innym czasie i wśród „innych” ludzi, a co za tym idzie, byłem w stanie kontrolować swoje zachowanie się – natychmiast poprawiałem wypowiadane imię (z B…… na Klaudia) oraz słowo „córciu” na – wnusiu.
Z opisanego wyżej przeżycia można wyciągnąć kolejny wniosek: Przychodzące na świat dziecko jednoczy jego rodziców, a ich późniejsze „szaleństwa” są dowodem na to, że byli oni głusi i ślepi na to, co w ich życie wnosiły ich dzieci, czyli na to, co jest fundamentem prawdziwie szczęśliwego życia, bo cóż później ma ich (z innym partnerem/partnerką) jednoczyć? – wspólnie kupowany samochód?, wycieczka do grobu Nefretete?, lot balonem?, czy jakiś inny bzdet?
Wieloletnie doświadczenie życiowe upoważnia mnie do wygłoszenia następującego sądu: Coraz więcej młodych ludzi przegrywa życie dopuszczając do decydującego głosu prymitywne emocje, często wygląda to tak, jakby z jakiegoś powodu wracali do piaskownicy i szukali w niej sposobu na dorosłe życie, a może jest to realizacja jakiegoś ukrytego pragnienia powtórnego przeżywania dzieciństwa?, ale co na to ich dzieci?!
 

Ja o sobie

Nadzwyczajne przeżycia (2)

Przez jakiś czas mieszkałem w pomieszczenieu magazynowym przylegającym do sali gimnastycznej. Studiując zaocznie zmuszony byłem podzielić dobę na trzy części: praca zawodowa, nauka i sen. Sen przypadał na godziny popołdniowe (w dzień – praca, w nocy – studiowanie); czasami zmuszony byłem spać poza „moim domem”, albowiem, jak wyżej wspomniałem, zajmowane przeze mnie pomieszczenie przylegało do sali gimnastycznej, co, zwłaszcza w dni intensywnych treningów i zawodów, uniemożliwiało mi popołudniowy sen. Któregoś dnia, w czasie takiego popołudniowego snu poza „domem”, przyśniło mi się, że w tym „moim pokoiku” pali się szafa, sen był tak wyraźny (widziałem płomienie i czułem dym), że się obudziłem, byłem wystraszony i bardzo ździwiony, – skąd i dlaczego taki sen?! Pomyślałem sobie – „tak na wszelki wypadek” i „dla świętego spokoju” pójdę tam, aby się upewnić, że wszystko jest O.K. Ubrałem się i po kikunastu minutach stanąłem przed drzwiami „mojego pokoju”, otworzywszy je doznałem szoku, pokój wypełniony był dymem, a drzwi w/w szafy płonęły.
W zajmowanym przeze mnie pomieszczeniu nie było możliwości zainstalowania jakiejś kuchenki, posługiwałem się więc grzałką elektryczną; zdarzało się, że w całym budynku szkolnym nie było prądu (przestarzła instalacja elektryczna), owego dnia włączyłem grzałkę do gniazdka, ale jej nie wyłączyłem po stwierdzeniu, że nie ma prądu; mało, że jej nie wyłączyłem, to po wyjęciu jej z wody położyłem ją na drewnianej półce przylegającej do drzwi drewnianej szafy. I w taki oto sposób ten niepojęty sen uratował budynek szkolny przed pożarem.

Ja o sobie

Nadzwyczajne przeżycia (3)

„Torbiel” uratowała Im życie

Najprawdopodobniej nigdy nie zrozumiemy (myślę o mojej rodzinie w pierwszych latach jej trwania) problemów egzystencjalnych, z jakimi musieliśmy się zmierzyć na samym początku naszej drogi. Kłopoty z pierwszym dzieckiem sprawiły, że „podejście” do drugiego było niezwykle skomplikowane, – z jednej strony było to dążenie do zrehabilitowania się, a z drugiej – obawa, czy nie powtórzą się te problemy, które wystąpiły po przyjściu na świat pierwszego dziecka. Tę niezdecydowaną postawę potęgowało stanowisko najbliższej rodziny b.żony; w efekcie braku jednomyślności doszło do podjęcia próby przerwania ciąży. W ostatniej chwili lekarz stwierdził torbiel pod kikunastotygniowym płodem, co wykluczało przeprowadzenie zabiegu. Jak później życie pokazało, tą torbielą był drugi płód, i w taki oto sposób przyszły na świat bliźniaczki.

Ja o sobie

Nadzwyczajne przeżycia (4)

Moc życia poczętego

Tak, chodzi o ludzkie życie poczęte, ale ze zrozumiałych względów nie mogę opisać tego „zdarzenia” w szczegółach, poruszę więc tylko i wyłącznie ten aspekt tegoż „zdarzenia”, który koresponduje z ideą, jaka przyświeca tej mojej stronie internetowej.
Przeciążenie obowiązkami ojca (jedynego żywiciela wówczas pięcioosobowej rodziny) wobec trójki dzieci i męża wobec żony mogło – a zdaniem niektórych, nawet powinno – wywołać u mnie zakłopotanie na „wieść” poczęcia się kolejnego dziecka. A jednak było inaczej, – zarejestrowałem się w poradni dla kobiet (jako pacjent z wizytą do ginekologa), usiadłem między kobietami i czekałem, kiedy przyszła na mnie kolej, wszedłem do gabinetu i przeprowadziłem „stosowną rozmowę” z lekarzem (do dzisiaj pracującym w tym samym miejscu). Mając wiedzę, co do terminu, miejsca i godziny uzgodnionego między b.ż. a w/w lekarzem „soptkania w wiadomym celu”, dużo wcześniej wymknąłem się z domu, aby (czekając w odpowiednim miejscu) skutecznie zakłócić realizację celu w/w „spotkania”. Jest bardzo trudno wyrazić to, co wówczas czułem – brakuje odpowiednich pojęć i słów, a tymi, które istnieją – wyglądało to w przybliżeniu tak: miałem takie wrażenie, że zaraz zawali się świat, wszystko wydało się takie szare, zimne, jakby pozbawione jakiegoś wewnętrznego strumienia życia; serce biło mi bardzo mocno, ale było to jakieś inne jego bicie, nie drżały mi ani ręce, ani nogi, a takie drżenie, we wcześniej przeżywanych sytuacjach krytycznych, wyraźnie odczuwałem; od tego mocno bijącego serca jakby promieniował ogromny spokój, co „nakazywało” mi trwać w realizacji mojego pomysłu.
Dopiero po pewnym czasie uświadomiłem sobie całą scenerię tego „zdarzenia”, zresztą nadal (mimo, że minęło już 20 lat) mam ją w swojej wyobraźni. Kiedykolwiek wracam myślami do tego „zdarzenia”, to zadaję sbie pytanie: Jakie machanizmy przyzwalające ma w sobie człowiek, który jest w stanie zrealizować pomysł zabicia życia, i jaką sterylność duchową musi mieć w sobie ten czlowiek, który takiego „zabiegu” dokonuje?

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *