Eseje

(1) Rola poezji w pogłębianiu duchowości człowieka.
(2) Zaufałem kapłanom, a oni mnie nie zawiedli.
(3) Zaufałem Jezusowi Chrystusowi.

(1) Rola poezji w pogłębianiu duchowości człowieka.

Celem twórczości poetyckiej, nie jest tzw. zdobywanie rynku. Popularność, żądza sławy czy tzw. biznes nigdy nie szły w parze z tworzeniem wartościowych dzieł.Wierszy nie pisze się na zapotrzebowanie, tworzenie prawdziwej sztuki jest skomplikowanym procesem duchowo-intelektualnym zachodzącym w sercu i umyśle twórcy. Poeci rożnią się od nie-poetów tym, że więcej widzą oraz głębiej i mocniej czują, a także tym, że są zdolni do przeżywania aktów twórczych, dzięki którym powstaje poezja. Podwyższony poziom wrażliwości poety oraz jego głęboki wgląd w rzeczywistość sprawiają, że bez wiekszego trudu może on się poruszać w trzech horyzontach czasowych – przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. W tworzeniu poezji dominuje wczuwanie się i przewidywanie, stąd też bardzo często dopatrywano się w sztuce poetyckiej wątków proroczych. Poeta nie jest jednak wróżbitą, jego twórczość nie bierze się „z niczego”; mówi się o wielkim podobieństwie między filozofami a poetami, ich osobowości mają pewne punkty wspólne, ale u poetów dominuje duchowość, natomiast u filozofów – intelekt. „Mówienie o niczym – pisze Martin Heidegger w „Wprowadzeniu do metafizyki” – jest dla nauki zawsze odrażjące i bezsensowne. Natomiast uprawiać je jest w stanie oprócz filozofa także poeta, i to nie dlatego, że rygory poezji, jak mniema rozsądek pospolity, są słabsze, lecz dlatego, że w poezji włada istotowa wyższość ducha nad wszelką czystą nauką. Powodowany tą wyższością powiada poeta zawsze tak, jakby byt wypowiadano i zagadywano po raz pierwszy.”
Prawdziwa poezja nie jest fikcją, twórca takiej poezji jest wtopiony w realia życia i to one – a nie np. jakieś skłonności do fantazjowania obserwowane u niektórych, zwłaszcza młodych i nie doświadczonych jeszcze życiowo poetów – motywują, a nawet prowokują do chwytania za pióro. Nie można być piewcą wsi, nie znając doskonale wsi, nie można być „poetą narodu”, nie znając jego historii oraz wszystkich współczesnych jego problemów i bolączek. Prawdziwi poeci muszą dysponować rozległą wiedzą, stąd też ich duże zainteresowanie min. filozofią. Autor niniejszych rozważań ze szczególnym uznaniem odnosi się do dorobku filozoficznego Edmunda Husserla, a myśl przewodnią jego odczytu, wygłoszonego w Wiedniu w 1938 r., przyjmuje za podstawę filozoficzną niniejszego rozważania; a oto wspomniana „myśl przewodnia”: „opaczne jest dualistyczne ujęcie świata, w którym przyroda i duch uchodzą za realności mające taki sam sens, choć przyczynowo nadbudowane jedna nad drugą.”
Koniec XX i początek XXI wieku to wielki skok naukowy i technologiczny, a jego konsekwencją – wielkie przemiany społeczne, niestety, nie w każdej sferze korzystne dla człowieka. To, co najbardziej niepokoi nas humanistów, to degeneracja symboli. Następstwami tego wielce destrukcyjnego procesu są min. takie zjawiska jak: rozpad rodziny, narastające poczucie osamotnienia, wzrost liczby samobójstw. Filozofem, który wyjątkowo dużo uwagi poświęcił problemom współczesnego człowieka był Martin Buber. Jego zdaniem wielu ludzi dokonuje zgubnego wyboru, świadomie wybierając albo osamotnienie, albo kolektywizm; wybór jest zgubny, ponieważ tak jedno, jak i drugie rozwiazanie uniemożliwia człowiekowi autentyczne bycie sobą, a to jest możliwe tylko wtedy, gdy człowiek szczerze otwiera się na drugiego człowieka. Poczucie autetycznego „ja” jest możliwe tylko dzięki autetycznemu odniesieniu się do „ty”, a to nie jest możliwe, gdy człowiek zablokował swoje emocje oraz zrezygnował z pozytywnych uczuć i estetycznych przeżyć. Od dawna wiedzą o tym psychiatrzy, psychologowie, psychoterapeuci i ludzie sztuki. „Tylko sztuka – pisze Irena Wojnar we wstępie do polskiego wydania książki Herberta Reada „Wychowanie przez sztukę” – i autentyczne wzruszenia estetyczne mogą człowieka wprowadzić w świat wilkich idei, autentycznych wartości dobra i prawdy. W przeciwnym razie człowiek skazany zostaje na siły brutalne i wewnętrzną pustkę… Człowiek współczesny musi odnaleźć duchowe treści swojego istnienia. W tej chwili jest człowiekiem wewnętrznie rozdartym, okaleczonym jak ptak, któremu podcięto jedno skrzydło. Świat współczesny każe mu posługiwać się skrzydłem intelektu, podczas gdy skrzydło uczuć i wyobraźni wciąż pozostaje kalekie.”
Prezentując poezję, jako jedną z form pogłębiania duchowości człowieka, pragnę przedstawić się jako twórca, pojmujący sztukę w sposób podobny do Ernesta Cassirera : „Poczucie piękna – pisze E. Cassirer w „Eseju o człowieku” – jest wrażliwością na dynamiczne życie form, a życie to można uchwycić jedynie w drodze odpowiedniego procesu dynamicznego dokonującego się w nas samych.” W kilku moich wierszach jest podjęta próba „wyrażenia się” na temat, czy raczej w sprawie „piękna”, w jednym z tych wierszy brzmi to tak: „Piękno nie jest:/ ani efektem retuszu/ ani wymysłem czystego rozumu/ ani ciałem o idealnych wymiarach/ Piękno się poczyna/ kiedy Duch Życia materię ożywia/ w tym kosmicznym akcie tworzenia/ jest wszechogarniająca Miłość Boga/”.

otr2
Jest oczywiste, że pierwsze moje wiersze nie były pisane w świadomie odczuwanym majestacie piękna, nie były też „podyktowane” potrzebą wyrażenia piękna, najprawdopodobniej było tak, że podobała mi się poezja, i chcąc mojej babci zrobić przyjemność, napisałem dla niej i o niej (pierwszy raz w moim życiu) wiersz. Dlaczego właśnie o niej? Pamiętam, że w zachowaniu się mojej babci było coś bardzo oryginalnego, zawsze potrafiła mnie czymś miłym zaskoczyć, właśnie to „coś” sprawiło, że napisałem o niej wiersz; miałem wówczas dziesięć lat, i chyba dlatego nikt nie wierzył, że ten wiersz jest mój, mówiono, że przepisałem go z książki, tylko nikt nie potrafił wskazać tej książki. Już wtedy poczułem, jak wielkim jest problemem wytłumaczenie ludziom, dlaczego i jak pisze się wiersz, i właśnie to sprawiło, że przez wiele lat zastanawiałem się, czym jest poezja, dlaczego ludzie piszą wiersze, co decyduje o tym, że jedne wiersze są bardziej wartościowe, a inne mniej? Kilka lat temu podjąłem próbę zdefiniowania terminu „poezja”. Podjąłem tę próbę mając pełną świadomość tego, że wielu twórców stoi na stanowisku, że dla słowa „poezja” nie ma definicji i formułowanie takowej jest pozbawione sensu. Uważam, że stanowisko takie zajmują ci twórcy, którzy są zwolennikami absolutnej wolności w sztuce, a zatem nie przszkadzają im i takie „dzieła”, które swoją treścią i formą budzą uczucia repulsywne i agresję, pogłębiają chaos i destrukcję; stoję na stanowisku, że tego typu „dzieła” nie mają nic wspólnego ze sztuką, są antysztuką. Przyjęcie definicji wyznacza pewien kierunek działalności artystycznej, zgadzam się, że nie będzie jakiejś jednej wszechogarniającej definicji „poezji”, ale poeta, a zwłaszcza ten, który aspiruje do tworzenia sztuki czy już utwory swoje za sztukę uważa, powinien umieć dać odpowiedź na pytanie: czym jest jego poezja, oczywiście nie chodzi tu o jakąś precyzyjną definicję, a już w żadnym wypadku – o cenę poezji, a jedynie o wskazanie kierunku, w jakim podąża poeta; gdyby tego rodzaju pytanie postawiono mnie, to moja odpowiedź brzmiałaby tak: „poezja” to specyficzny wyraz myśli i uczuć, za pomocą którego poeta przedstawia fenomen sensu i niepowtarzalności ludzkiego istnienia. Przybliżając moją poezję ewentualnym Czytelnikom mojej strony internetowej dodałem jeszcze: Moja poezja nie jest ani magią, ani balsamem, ani żadną inną formą lukrowania egzystencji, czy mamienia duszy, jest skalistą ścieżką nadziei wiodącą w stronę PRAWDY i WIECZNOŚCI.
Celem poezji rozumianej jako sztuka jest:
1. Katharsis.
2. Ochrona i pielęgnacja wrażliwości.
3. Budzenie nadziei
4. Przestrzeganie przed niebezpieczeństwami wynikającymi z zaburzenia harmonii między sferami: duchową, intelektualną i cielesną.
„Arystoteles nie wyjaśnia – pisze Karl Jaspers w „Filozofii egzystencji” – czym jest katharsis. W każdym razie to wydarzenie odnosi się do bycia sobą człowieka. Jest to otwarcie się na byt wywołane nie samym przeżyciem oglądania, lecz raczej doznaniem, że to mnie dotyczy.”
Wrażliwość jest jedną z najcenniejszych „dyspozycji”, w które człowiek został wyposażony. Jest to cecha szczególna, pomaga żyć, ale może też i przszkadzać, zwłaszcza tym ludziom, którzy na bazie tej „dyspozycji” rozniecają w sobie uczucia nienawiści, a te, jak wiemy, oddalają od ludzi, pogłębią osamotnienie i wkomponowują się w psychikę, jako fundament budowy neurotycznej osobowości. Wrażliwość, jeśli ma czynić życie piękniejszym, musi być chronia i właściwie pielęgnowana, w przeciwnym razie ulega stępieniu, a nawet zniszczeniu.
Bardzo pięknie na temat budzenia nadziei poprzez poezję oraz jej roli w dramatycznych chwilach życia mówił Stanisław Barańczak w wywiadzie udzilonym Krzysztofowi Biedrzyckiemu; na bazie tego wywiadu powstała książeczka „Zaufać nieufności”, w książce tej min. czytamy: „Okazuje sie bowiem, że w sytuacji, w której mamy dach nad głowa, popijamy befsztyk dobrym winem i nikt nam nie wyrywa paznokci, jesteśmy wciąż postawieni twarzą w twarz z paroma problemami ludzkiej egzystencji (takimi jak samotność, nieodwzajemniona miłość albo śmierć), na które nigdy nie znajdzie się lekarstwa, i poezja jest nam niezbędnie potrzebna choćby tylko po to, aby podsunąć nam słowa i zdania, którymi możemy o tych problemach mówić ze sobą samym, z Bogiem, czy z innymi słuchaczami.”
Nadmiar, czy niedobór jest szkodliwy wszędzie i we wszystkim, harmonijny rozwój człowieka pozwala mu na zachowanie równowagi wewnętrznej i zewnętrznej, rola sztuki w procesie harmonijnego rozwijania osobowości jest niezastąpiona: „… rozwój umiętności percypowania i rozumienia rzeczywistości możliwy jest tylko za pośrednictwem psychicznych wzorców estetycznych. Doświadczenie przyjmuje określoną postać i staje się przedmiotem oceny oraz wspomnienia tylko o tyle, o ile ma kształt artystyczny.” (Herbert Read „Wychowanie przez sztukę”).
Wyżej wymienione cele spełnia tylko ta poezja, która jest dziełem sztuki, istnieje więc potrzeba dysponowania umiejętnością odróżniania dzieła od kiczu. Nabycie tej umiejętności nie jest jednak sprawą łatwą, w tej sytuacji próbujemy dawać wiarę profesjonalnym krytykom literackim, a na tym polu, niestety, poza kłótniami, kolesiostwem i jednym wielkim bełkotem nie ma nic! Pozostają więc samodzielne analizy, dociekania i dyskusje, świadomość tej sytuacji ukierunkowuje moje rozważania, – pragnę zainteresować poezją, jako jedną z form sztuki oraz wzbudzić potrzebę obcowania z nią i dyskutowania na jej temat.

otr3
Tworzenie prawdziwej sztuki jest w swej istocie pięknym przeżyciem i pięknu służy, ale działalność ta, postrzegana jako proces całościowy, wcale nie jest łatwa, nierzadko wymaga wielkiego poświęcenia, któremu towarzyszy cierpienie i ból. Akt twórczy jest skomplikowanym procesem duchowo-intelektualnym, który od czasu do czasu „nawiedza” artystę, stąd też specyficzny styl życia wielu tworców. Podejmowane próby badania i opisywania aktu twórczego nie wyjaśniły wszystkiego do końca, bo i wyjaśnić tego się nie da, każdy człowiek jest inny i każdy akt twórczy jest inny, traktowanie tego specyficznego przeżycia, jako jakiegoś intelektualnego mechanizmu jest pozbawione najmniejszego sensu. Można jednak mówić o pewnych dyspozycjach psychicznych niezwykle ważnych dla całokształtu aktu twórczego. Do najważniejszych z nich wydają się należeć:
1. Czysta intuicja.
2. Zawieszenie intelektu.
3. DoznanieTajemnicy.
„Tylko na krótki jak błyskawica moment – pisze Simone Weil w książce „Świadomość nadprzyrodzona” – człowiek może wymknąć się prawom tego świata. Chwila takiego wyłączenia się, kontemplacji, czystej intuicji, pustki umyłsowej, zgody na pustkę wewnetrzną. Dzięki tym właśnie chwilom ma dostęp do tego, co nadprzyrodzone.”
„Każde zawieszenie intelektu – pisze Edward Abramowski w książce „Źródła podświadomości – a przez to odwrócenie się zjawiska swoim obliczem uczuciowo-bezimiennym, jest chwilą „narodzenia się piękna”. Ujawnienie własnej podświadomości jest szczególnym oderwaniem sie od powszedniego życia, wyrwaniem z codzienności, jest to jakby „odpoczynek w walce”, pauza życia.”
„Obecność Tajemnicy nie zostaje postrzeżona – pisze Beata Szymańska w „Mistycy i pesymiści” – lecz doznana właśnie w owym niokreślonym, płynącym „nie widomo skąd” nastroju. Symboliczny język sztuki powinien przecież tylko ujawniać nie pokazując, ani nie nawiązując. Absolut, Niepoznawalne, Witkiewiczowska Tajemnica Istnienia nie odsłaniają się w oglądzie, a jedynie w doznaniu.”
Jest oczywiste, że nie każdy utwór poetycki jest wielkim dziłem szutki, ale każdy utwór powinien kryć w sobie przynajmniej cząstkę tego, co Edyta Stein nazywa prawdą artystyczną: „Jeżeli dzieło jest tym, co artysta chciał stworzyć – pisze E.Stein w „Byt skończony a byt wieczny” – ale idea, ktorą „wykombinował”, odbiega od idei czystej, wtedy nie jest rzetelnym czy prawdziwym dziełem sztuki. Trzeba tutaj określić, co ma wspólnego prawda artystyczna z prawdą logiczną i transcendentalną. Prawda artystyczna jest zgodnością dzieła z czystą ideą, będącą u jego podstaw.”
Do powyższych rozważań ośmielam się dołaczyć trzy – z ostatnio napisanych przeze mnie – utwory poetyckie, oto one:

PRAWDA

Prawda
jest bramą wieczności
bez niej
dzień nie jest dniem
noc nie jest nocą
a sens –
nawet mniej
niż mgłą

(Świdnik, 10 VII 2008 r.)

Fenomen blasku

Do wczoraj nie wiedziałem
że jednym gestem
można wszystko wyrazić
a dodając jedno słowo
być duszą i ciałem zarazem! –
Oto fenomen blasku! –
od poczęcia i na wieki
tylko Niektórym podarowany!
tylko przez niektórych widziany
Nie wystarczą oczy otwarte
by dostrzec źródło gestu
nie wystarczy dobry słuch
by usłyszeć serca głos
więc niektórzy nie wiedzą
o istnieniu różnych światów
obok siebie!
niektórzy –
jakby coś wyczuwając
czasami mówią:
„Szczęście w nieszczęściu”.
Niespodziewanie olśniony
z radością wielką wołam:
Duch jest ponad ciałem!
Ciemność przełamana!
obok szarości
Boski promień lśni!

(Lublin, 1 VIII 2008 r.)

Podobne strony
1 wolfprint.republika.pl
2 rozety.republika.pl
3 nokialand4.republika.pl
4 kancelariapakosz.repub…
5 carnival.republika.pl

(2) Zaufałem kapłanom, a oni mnie nie zawiedli.

Czy jest możliwe życie bez wstrząsów, zakrętów i upadków? Myślę, że niektórzy ludzie marzą o takim właśnie życiu, nie zdając sobie chyba sprawy z tego, że takie „bezkolizyjne życie” mysiałoby być w pełni zaprogramowane, a realizujący taki life-program musieliby ignorować natchnienia i przeczucia, które płyną z ludzkiej duszy. To w niej jest zapisany Boski plan naszego życia, plan, który kryje w sobie wiele tajemnic niedostępnych ludzkiemu umysłowi.
Człowiek wierzący w Boga i świadomy posiadania duszy wie, że jest stworzeniem wolnym, i że jako taki, jest obarczony słabościami, że może popełnić błąd i może upaść, ale jest też świadom istnienia możliwości naprawienia błędu, podniesienia się, wzrastania, a nawet stania się świętym.
W ciągu mojego dotychczasowego życia przeżyłem kilka wstrząsów, ale jeden z nich był tak potężny, że zacząłem tracić grunt pod nogami i z pewnością zanurzałbym się coraz głębiej, gdyby nie duchowo-intelektualna pomoc dominikanina – ojca Michała. Zdając sobie sprawę z niemożności poradzenia sobie z w/w kryzysem (spowodowanym m.in. uniemożliwieniem mi obrony pracy doktorskiej oraz aresztowaniem mnie przez funkcjonariuszy radzieckich na granicy rosyjsko-szwedzkiej), zdecydowałem się zapukać do furty klasztornej ojców dominikanów; furtę otworzył i poświęcił mi prawie całe przedpołudnie w/w ojciec Michał.
Do dzisiaj pamiętam pytania, którymi o. Michał „zmuszał” mnie do refleksji nad sobą i nad życiem w ogóle; a oto niektóre z tych pytań: „Czy nie jest już za późno na zaczynanie wszystkiego od nowa? Czy rzeczywiście cała twoja dotychczasowa aktywność poszła na marne? Czy zastanawiałeś się nad swoim przeznaczeniem, powołaniem, misją życiową? Czy nie jest może tak, że byłeś zbyt skoncntrowany na sprawach, które z Boskiej perspektywy są mało ważne? A może jest jakiś sens w tych przygnębiających cię wydarzeniach?”
Szukając odpowiedzi na w/w pytania uświadomiłem sobie, że popełniłem wiele błędów, ale nie aż tyle i nie aż takich, aby swoje dotychczasowe życie uważać za zupełnie zmarnowane. Efektem spotkania z o. Michałem była radykalna zmiana mojego stosunku do życia, stałem się człowiekiem bardziej otwartym na Boga i dążącym do pogłębienia więzi z Kościołem, postrzeganym jako wspólnota ludzi miłujących prawdę.
W moim dotychczasowym życiu wielką rolę odegrał jeszcze jeden kapłan – kapelan. W listopadzie 1996 roku znalazłem się na oddziale neurologicznym, gdzie miał być leczony mój kręgosłup; kuracja okazała się jednak nieskuteczna i przewieziono mnie na oddział neurochirurgiczny. Któregoś dnia wszedł do sali kapłan z Komunią Świętą, kiedy zbliżał się do mojego łóżka, powiedziałem cichutko: Nie jestem gotowy. Kapłan, idąc bardzo powoli, spojrzał na mnie i na ułamek sekundy się zatrzymał, jakby chcąc – tak mi się wydawało – coś mi powiedzieć. Spotkanie się naszych oczu trwało bardzo krótko, ale było dla mnie tak przejmujące, że zawstydziłem się siebie, jako tego, który nie potrafił tak spojrzeć, jak ów kapłan; nigdy wcześniej nie było mi dane widzieć tak bardzo ludzkiego spojrzenia, i po raz pierwszy przyszła mi do głowy myśl, że właśnie tak mógł patrzeć na ludzi Jezus Chrystus. Ta niepowtarzalna chwila zapoczątkowała moją nieustającą refleksję nad Osobą Jezusa Chrystusa.
Ojciec Michał uświadomił mi, że nie jestem panem mego losu, że jest konieczna pokora i wczuwanie się w wolę Boga. Kapłan, którego spotkałem w szpitalu, sprawił, że Jezus Chrystus stał się Kimś najważniejszym w moim życiu.

(3) Zaufałem Jezusowi Chrystusowi

……….Decyzja udziału w almanachu JEZU UFAM TOBIE nie przyszła mi łatwo; a oto przyczyny tegoż wahania się: 1. Akty ufności, jako jedne z najbardziej wzniosłych i tajemniczych fenomenów relacji człowiek – Bóg i człowiek – człowiek, należą do tych zjawisk duchowych, których źródłem jest zarówno intelekt, jak też serce i dusza, stąd opisywanie ich jest bardzo trudne. 2. Te najgłębsze akty ufności, – to już mistyka, a o niej jeszcze trudniej pisać. 3. Tak zwana współczesna kultura masowa wyraźnie ignoruje, a nawet kpi z wartości duchowych człowieka. Fakty te niewątpliwie mogą zniechęcać, ale czy sens bycia chrześcijaninem nie polega na podejmowaniu takich właśnie wyzwań? Jan Paweł II (w Pamięć i tożsamość) stwierdza: „Poza Ewangelią człowiek pozostaje dramatycznym pytaniem bez odpowiedzi.” A więc moje wahanie się, uznałem ostatecznie za postawę niegodną chrześcijanina.
Wypowiadanie się n/t duchowości człowieka rzeczywiście nie jest łatwe, a to min. dlatego, że nie ma precyzyjnych definicji chociażby takich pojęć jak: „dusza”, „wiara”, „ufność”, czy nawet „godność”. Pojęcia te należą do sfery sacrum, która nie jest „wymysłem” uczonych; jeśli nawet mówi się o „świadomości nadprzyrodzonej” (Simone Weil), czy „analizie bytu wiecznego” (Edyta Stein), to wcale nie oznacza, że istnieją jakieś „fachowe” pojęcia i metody pozwalające zgłębiać Tajemnicę Boga. Biskup F. Fénelon w Rozprawie o istnieniu Boga pisze: „Życie swoje spędzam na rozważaniu Twojej nieskończoności; widzę ją i nie wątpię w to. Choć gdy tylko chcę pojąć, umykasz mi; to już nie jesteś Ty, a ja popadam na powrót w swą skończoność.” Jan Paweł II, odnosząc się (w Przekroczyć próg nadziei) do „Cogito, ergo sum” (Myślę, więc jestem.) stwierdza: „Inaczej niż św. Tomasz, dla którego nie myślenie decyduje o istnieniu, ale istnienie o myśleniu: myślę w taki sposób jak myślę, ponieważ jestem, kim jestem – czyli stworzeniem – i ponieważ On jest Tym,. kim jest, czyli niestworzoną Absolutną Tajemnicą.” Akt zaufania Jezusowi Chrystusowi jest szczególnym przeżyciem duchowym, nie przeżywa się go według jakiegoś ściśle określonego wzorca, jest więc przeżyciem bardzo osobistym, stąd też jego słowne przedstawianie zawsze nastręczało duże trudności; operowanie pojęciami zbyt ogólnymi uniemożliwia oddanie subtelności tego przeżycia, natomiast posługiwanie się pojęciami zbyt szczegółowymi, zbyt „własnymi” może prowadzić do przekroczenia granicy między sacrum a profanum. Wiedząc o tych trudnościach, zdecydowałem się jednak opisać moje największe peżycie duchowe i prosić, o włączenie tegoż świadectwa do almanachu JEZU UFAM TOBIE.
…….Życie człowieka nie jest sielanką, wie o tym każdy, kto traktuje życie poważnie, tzn. żyje tak, aby nie marnować otrzymanych od Boga talentów. Chrześcijanin, wcześniej czy później, „odkrywa” krzyż i nie waha się wziąć go na swoje ramiona. W tym skrócie myślowym kryje się cierpienie, ból i wysiłek, czasami wykraczający – tak mogłoby się wydawać – poza granice ludzkich możliwości. Nie napisałbym tych słów, gdybym osobiście nie zetknął się z krzyżem, a wcześniej – nie zaufał Panu. Moje życie dosyć długo toczyło się tylko w jednym wymiarze, – do r. 1986 zajmowałem się nauką (min. doktoratem) unikając sytuacji, które wymagałyby ode mnie całościowego, a więc i poza intelektualnego się angażowania. W pierwszym kwartale 1986 r. stanąłem przed dylematem – nie zawierać związku małżeńskiego, czy go zawrzeć? Kwestia ta była dla mnie dylematem, ponieważ miałem świadomość, że decyzja „na tak” może pociągnąć za sobą wielkie problemy, z którymi możemy sobie nie poradzić; mimo tego niepokoju, zdecydowałem się wziąć ślub. Wkrótce stało się dla mnie oczywiste, że odczuwany przeze mnie strach bardzo szkodziłby naszemu małżeństwu, więc postanowiłem pozbyć się go; uznałem – min. pod wpływem przedmałżeńskich katechez – że najlepszym rozwiązaniem będzie zwrócenie się o pomoc do Pana Boga. Z takim właśnie postanowieniem udałem się w dniu 30 kwietnia 1986 r. na Mszę św. do Kościoła p.w. Św. Ducha w Lublinie; już wcześniej bywałem w tej świątyni (mimo, że należę do jednej ze świdnickich parafii), a to z tego powodu, że od bardzo dawna znajduje się w niej słynący z łask obraz (a dokładnie czarno-białe zdjęcie obrazu) „Jezu ufam Tobie”. Atmosfera zbliżającego się ślubu sprzyjała refleksji nad miłością, rodziną, przeznaczeniem, cierpieniem; uświadomiłem sobie, że życie człowieka jest wielką tajemnicą, tajemnicą, do której dostęp ma tylko Bóg. Uświadomienie sobie tej prawdy sprawiło, że umysł ludzki wydał mi się nie aż tak wielki, jak kiedyś o nim myślałem, zacząłem też odróżniać „sprawy umysłu” od „spraw duszy”, dusza wydała mi się być bliższą Bogu niż umysł. Zrozumiałem, że moje dotychczasowe odnoszenie się do Jezusa było zbyt „wyrozumowane”, a nawet „żądające”, były to konkretne prośby oraz oczekiwania „akceptacji” własnych pomysłów; gdzie moja pokora?, gdzie moja dusza? – pomyślałem; uświadomiłem sobie, że najwłaściwszą postawą będzie stan łaski uświęcającej i milczenie, po prostu, uklęknę przed Panem błagając Go, aby zechciał wejrzeć na mój los.
Dźwięk dzwonka zapowiadał zbliżającą się chwilę Ofiarowania, spojrzałem na napis JEZU UFAM TOBIE i całkowicie się wyciszyłem, pochylając głowę zapragnąłem, aby ogarnęła mnie, wyczuwana w głębinach mej duszy, niezwykła, tajemnicza pustka, nagle pustka ta zaczęła się wypełniać jasnym, ale nie oślepiającym światłem, miałem takie wrażenie, że znalazłem się sam na sam ze Źródłem tego światła, chociaż samo to Źródło nie było dla mnie widoczne, ale było wyraźnie wyczuwalne; to światło było ciepłe, żywe, kojące, ono jakby ogarniało mnie całego, stawałem się spokojny i radosny, miałem takie wrażenie, że wszystko powiedziałem (chociaż pozostawałem w absolutnym milczeniu) i zostałem zrozumiany. Dopiero po dłuższej chwili „ocknąłem się” i zacząłem uświadamiać sobie, że stało się coś niezwykłego, coś, w co trudno było mi uwierzyć, ale moje spokojne i radosne czucie się przekonywało mnie, że rzeczywiście stało się coś, co radykalnie zmieniło stan mojego ducha. Czułem się bardzo szczęśliwy i gotowy podjąć każdy trud związany z małżeństwem.Chwilę później zadałem sobie pytanie: Czy odważę się komuś o tym powiedzieć? Pytanie to do dzisiaj pozostawało bez odpowiedzi.
……Po pewnym czasie pojawiły się we mnie obawy, że to niezwykłe przeżycie „umknie” z mojej świadomości, a ja znowu zacznę się martwić i zbytnio przejmować problemami naszego małżeństwa. Obawy te skłoniły mnie do głębszego zainteresowania się duchowością człowieka, zacząłem czytać odpowiednią literaturę i czynnie uczestniczyć w zajęciach przykościelnej grupy religinej. Kolejne zdarzenia związane z naszą rodziną , a przede wszystkim z przychodzeniem na świat naszych dzieci, utwierdzały mnie jednak w przekonaniu, że to najwznioślejsze ze wszystkich moich dotychczasowych przeżyć duchowych nie było „sprawą chwili”; przemiana, jakiej doznałem w czasie w/w Mszy św., nie tylko się utrwalała , ale i implikowała kolejne pozytywne zmiany w mojej osobowości.
…….. Właśnie mija 25 lat od tej szczególnej dla mnie Mszy Św., wiele się zdarzyło w ciągu tego czasu, nie będę ukrywał, że przeżywałem chwile słabości, a nawet pojawiła się myśl o rezygnacji z podążania „wąską ścieżką”. Jedno z takich przeżyć miało miejsce w dniu 31 marca 1990 r. Wyczerpująca psychicznie praca zawodowa oraz konieczność coraz większego angażowania się w opiekę nad naszymi dziećmi, a do tego komplikujące się relacje z rodziną mojej żony sprawiły, że w/w dnia przeżyłem ogromne załamanie – postanowiłem wyjść z domu i już nigdy do niego nie wrócić. Potwornie zmęczony fizycznie i psychicznie udałem się na dworzec PKS w Lublinie, skąd miała się rozpocząć moja podróż „w świat”; do odjazdu autobusu miałem około godziny, postanowiłem więc wejść do pobliskiego kościoła (Kościół p.w. Św. Mikołaja biskupa). Zmęczony i załamany – ale w pełni świadomy bycia mężem i ojcem czwórki dzieci – szedłem do tej świątyni, aby chwilę odpocząć, przynajmniej tak mi się wydawało, ale w istocie powód tego „pomysłu” był zupełnie inny, gdzieś w głębinach mej duszy żyło silne pragnienie zwrócenia się do mego Pana o pomoc. Po wejściu do świątyni skierowałem się do bocznego ołtarza, uklęknąwszy przy nim ujrzałem obraz Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, natychmiast przypomniały mi się słowa mojej matki, która kiedyś o takim Obrazie mi opowiadała; zaskoczony, zdziwiony i poruszony zacząłem się modlić, i – sam nie wiem, jak to się stało – zapomniałem o zmęczeniu i zamiarze podróży, moje serce zaczęło się uspokajać i stałem się jakby na nowo świeży, a gdzieś w głębinach mej świadomości „wyświetliła się” następująca myśl: „Dzieci potrzebują miłości tak, jak chleba.” Chwilę później wracałem na dworzec z absolutną pewnością, że nie zostawię naszych Dzieci, że, najpóźniej jutro, wrócę do domu i nigdy Ich nie opuszczę. Intensywność i wyrazistość tego „olśnienia” była tak wielka, że żadne inne rozwiązania, poza tym jednym – jak najszybszym powrotem do domu, nie wchodziły już w grę.
………Mając poza sobą takie przeżycia, trudno było nie zadawać sobie pytania – czy ze mną „jest wszystko w porządku?” Ta „niepewność” motywowała mnie do studiowania literatury dotyczącej duchowości człowieka. Szczególnie interesujące wydały mi się książki Thomasa Mertona, to one sprawiły, że zacząłem się czuć coraz pewniej z moją duchowością. „Z Tobą nie ma żadnego dialogu, – pisze T. Merton – żadnej rywalizacji, żadnego sprzeciwu. Ciebie odnajduje się w zjednoczeniu!” Wspominanie „Ciepłego, żywego i kojącego światła” oraz ciągle żyjące w moim sercu słowa: „Dzieci potrzebują miłości, tak jak chleba.” były dla mnie ratunkiem w wielu trudnych sytuacjach życiowych. Skomplikowanych problemów nie brakuje i dzisiaj, ale kiedy przychodzi zwątpienie, wtedy w głębinach mej duszy ożywają słowa: „ZAUFAŁEŚ, wiec…”, i zwątpienie mija. Jestem już dziadkiem, – jedna z moich córek, – Klaudia urodziła córeczkę; Klaudia zawsze z wielkim przejęciem i z wielką uwagą odnosiła się do mojego zawierzania naszego życia Jezusowi Chrystusowi, również i Ona gorąco dziękuje Bogu za zdrową i śliczną Abbygail; Klaudia, prócz wielu obowiązków i zajęć interesuje się też sferą duchową człowieka, nawet ostatnio zapytała mnie, co ja rozumiem przez duszę? Odpowiedziałem Jej tak: Dusza jest to nadprzyrodzony dar umożliwiający człowiekowi wydobywanie się spod ciężaru materii, a nawet, gdy przyjdzie czas – całkowite od niego się uwolnienie.

Świdnik k.Lublina, marzec 2011 r.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *