Felietony

(01) Ustalenia wyjściowe
(02) Ścieżka w górę
(03) Niby niewidzenie
(04) Śmiercionośna wielkość
(05) Co oznacza pojecie „bestia” w mojej poezji?
(06) Odpowiedź na „List” Redakcji „Elle” skierowany do mężczyzn
(07) Jak to jest z człowiekiem?
(08) Czyżby dwie prawdy?
(09) Cywilizacja śmierci
(10) Walka dobra ze złem i coś jeszcze
(11) Tajemnica „drugiej strony”
(12) W ogrodzie sztuki poetyckiej
(13) Własna tożsamość
(14) Głębia prawdy
(15) W obronie prawdy
(16) Brzydkie motywy
(17) Mózg domaga się aktywności
(18) Powrót
(19) Przepis na śmierć
(20) Technologia „załatwiania” męża/ojca
(21) Do kogo są kierowane dwa poprzednie…
(22) Kompromitujące wypowiedzi…
(23) Dlaczego uważam się za poetę metafizycznego
(24) Chybione proroctwo pani G.P., czyli…
(25) Plastynatorium
(26) Pokolenia – korzenie – ich blaski i cienie
(27) „Mądrość” niektórych matek
(28) Komu jest potrzebna „Kamasutra” ojca Knotza?
(29) Prawdziwość łez po śmierci króla popu
(30) Małżeństwo – to nie tylko tradycja i romantyzm
(31) Świadomość metafizyczna (1)
(32) Świadomość metafizyczna (2)
(33) Świadomość metafizyczna (3)
(34) Zaistnieć poprze organy płciowe
(35) Słowo o Tradycji Narodowej
(36) Mowa naszych ekspertów
(37) W sprawie poezji Marii Goniewicz…

(01) Ustalenia wyjściowe

Wnioski płynące z wieloletniej obserwacji polskiego życia kulturalnego skłaniają mnie do podjęcia próby sprowokowania dyskusji na temat naszej kondycji twórczej; dyskusję tę pragnę zainicjować postawieniem następujących pytań:
1.Czy jest normalne rozczulanie się nad „śladami z przeszłości”, kiedy rodzi się coraz mniej dzieci i nic nie wskazuje na to, że ten trend ulegnie zmianie?
2.Czy można nazwać poetą człowieka piszącego wiersze, ale nie uświadamiającego sobie czym jest sztuka poetycka?
3.Czy jest możliwe sensowne krytykowanie poezji bez znajomości filozofii?
Rozumiem, że nie tyle w/w pytania, ile raczej moje odpowiedzi na nie będą skłaniały do zabrania głosu w proponowanej dyskusji; a więc na wszystkie trzy pytania odpowiadam zdecydowanie NEGATYWNIE! A oto uzasadnienie:
Ad.1.Przez „ślady z przeszłości” rozumiem różnego rodzaju specyficzne przedmioty i „uświęcone” miejsca uchodzące za symbole tożsamości jakiejś lokalnej, czy większej, wspólnoty ludzkiej. Na pewno należy „symbole” te bardzo pielęgnować, ale nie, między innymi, w ten sposób, że ignoruje się „nowe”. Tego rodzaju troska o wspólnotę jest równoznaczna z „przyzwoleniem sobie” na stanie się skansenem /czyli grobem/.
Ad.2.Jest konieczne wprowadzenie do krytyki literackiej trzech następujących określeń: 1/”Jest poetą”. 2/”Pragnie być poetą”. 3/”Uważa się za poetę”.
Ad.3.Filozofia uaktywnia mózg, pozwala dalej widzieć i więcej wiedzieć, więcej niż przewidują to matury, magisteria i doktoraty, a krytykujący MUSI ROZUMIEĆ WIĘCEJ niż krytykowany.

(02) Ścieżka w górę

Ścieżka w górę, czyli się wspinanie. Ale czy każde się wspinanie jest wysiłkiem prowadzącym człowieka na wyżyny człowieczeństwa? Cóż to takiego jest człowieczeństwo? Ktoś powie: „Nie zabijaj! Nie kradnij! Nie cudzołóż!” Wielu bezbłędnie wygłosi przykazania Dekalogu. Niektórzy prawnicy potrafią cytować z pamięci przeróżne paragrafy obowiązujących aktów prawnych. Ale są i tacy, którzy w jednym miejscu cytują prawo, a w drugim – łamią je. Chciałoby się więc zapytać: Gdzie są ci sprawiedliwi? Czy to tych kilku Świętych na jedno stulecie?
Nie skrzywdziłeś, ale skrzywdzili Ciebie, i nie szybko mija Cię wściekłość z tego powodu; wielu, w takiej sytuacji, ma ochotę odpowiednio „się odwdzięczyć”. A co uczynisz Ty, znalazłwszy się w takiej sytuacji? Jeśli świadomie dążysz do świętości, to wybaczysz i odpowiesz „nie kamieniem” tylko dobrym gestem, ale czy na pewno tak odpowiesz? Czym więc jest w dzisiejszych czasach człowieczeństwo? Odpowiedziałbym tak: Twoje człowieczeństwo wyraża się w Twoim sposobie patrzenia i myślenia, patrzenia na siebie i na ludzi, myślenia o sobie i o ludziach. Sposób patrzenia i sposób myślenia to efekt tych wszystkich zjawisk i zdarzeń, które składają się na treść Twojego życia.
Ścieżką w górę idzie ten człowiek, który kształtuje w sobie cierpliwość, chroni i pogłębia swą wrażliwość, wzmacnia poczucie swej godności, pogłębia szacunek wobec bliźniego, budzi w sobie relację „ja – świat”, zastanawia się nad relacją „ja – Wszechświat”. Ścieżka w górę to określony sposób życia, sposób niełatwy, a więc i niepopularny w naszym społeczeństwie. Nie martw się Przyjacielu idący ścieżką w górę, to nic, że jesteś niepopularny; wybacz zazdroszczącym Ci i kpiącym z Ciebie, wspinaj sie coraz wyżej, bo to właśnie Ty ratujesz tych śmiejących się z Ciebie, niektórzy z nich po wielu latach zrozumieją to, a nawet i tacy się znajdą, którzy Ci podziękują. Może w tym momencie zapytasz: Ale jak znieść – przecież są granice wytrzymałości – poniżanie, szydzenie, niedocenianie? Faktycznie są granice wytrzymałości, ale granice można /a nawet chyba się powinno/ przekraczać; ja myślę, że przekraczanie granic w byciu coraz bardziej człowiekiem jest rzeczywistym bohaterstwem w dzisiejszych czasach; właśnie w tym stwierdzeniu kryje sie sens niniejszego felietonu.

(03) Niby niewidzenie

Wydałem dziewięć tomików poezji i jeden zbiór esejów. W eseju „O poezji jako o sztuce” zdefiniowałem termin”poezja”, natomiast w eseju „Dusza i ciało” zdefiniowałem termin „dusza”. W „moim” związku /Związek Literatów Polskich/ nikt – odkąd do niego należę /tj. od dziewięciu lat/ – nie zapytał mnie, o czym piszę i czy nie miałbym ochoty „pochwalić sie” swoją twórczością? Oczywiście jest w „moim” Oddziale ZLP mała grupka wzajemnie się: adorujących, okadzających, dofinansowujących i nagradzających literatów; cóż, wystarczyło jedno krytyczne wystąpienie i jest się poza łaskami „kręgu decyzyjnego”. Mimo świadomości bycia w niełasce podjąłem próbę uzyskania dotacji, niestety, bez powodzenia, a na pocieszenie usłyszałem od Pracownicy Urzędu: „To pan nie wie, że trzeba łokciami…”
O „duszy”, czy tzw. duchowości mówi się coraz częściej, ale mało kto, z wypowiadających sie na ten temat, wie, o czym mówi, a więc coraz częściej słuchamy bezsensownego bełkotu o duchowości, a nawet zdarza się słyszeć zdania, w składzie których znajduje się pojęcie „mistycyzm”, o którym Polacy naprawdę niewiele wiedzą .
Ostatnio skrytykowałem tomik „Chwila” Wisławy Szymborskiej, ale cóż z tego, kiedy nie ma odważnych do podjęcia dyskusji na ten temat, wszędzie „cicho sza”, albo raczej – wolę używać własnych terminów – niby niewidzenie, czyli tkwienie w bardzo bezpiecznym stanie polegającym na bezkolizyjnym utrzymywaniu się na powierzchni. A co będzie, jeśli zawieje silniejszy wiatr, czy te „nadmuchane woreczki foliowe” utrzymają się na powierzchni autentycznego, prawdziwego życia?; przecież wcześniej czy później to, co jest bezwartościowe, tak w sensie wytworów jak i „mechanizmów działania” przestanie istnieć, ślad po tym nie zostanie, oby nie była to zbyt duża luka w historii naszego istnienia. Nie odważyłbym się tak wyrażać swoich myśli, gdybym nie został „zauważony” przez:”Literacką Polskę”/recenzja kilku moich tomików poezji/, „jurorów” IX edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Beatus qui amat” /przyznano mi „Złotą Fregatę Bałtyku”/, „Głos Nauczycielski”,Nr19, Rok LXXXV, 8V2002 /zamieszczono w nim mój esej „Antysztuka – służebnica bestii/.
Świdnik, 17 X 2002 r.

 

(04) Śmiercionośna wielkość

Z perspektywy pięćdziesięciu lat wyraźnie widać , że drogę życiową należy dzielić na dwa etapy: pierwszy – zdobywanie wiedzy, drugi – robienie z tej wiedzy użytku. Problem pojawia się wtedy, gdy zdobytej wiedzy nikt nie chce, np. napisanej mądrej książki żaden wydawca nie wyda, ponieważ wie, że nikt jej nie kupi. Co to znaczy „mądra książka”? W kontekście niniejszego felietonu mogłaby to być taka książka, w której byłyby wymienione główne przyczyny zmniejszania się liczby ludności w Polsce. Czy ktoś, np. z tzw. „wielkich humanistów”, wymieniłby takie przyczyny jak: 1.Brak szacunku dla życia. 2.Brak autentycznej radości z życia. 3.Bardzo płytko odczuwany – i płytko pojmowany – sens życia. Niektórzy, z patrzących na ten felieton, na pewno zarzucą mi arogancję, bezczelność, głupotę, a może nawet i brak patriotyzmu! – właśnie w taki sposób „podchodzi się” u nas do prawdy, bo przecież w/w przyczyny rzeczywiście występują i dotyczą, kto wie, czy nie większości /myślę, że większości/ naszego społeczeństwa. Również w innych dziedzinach naszego życia dzieje się źle i są przyczyny tegoż zła; najpierw trzeba zauważyć to zło i zrozumieć jego przyczyny, a następnie powiedzieć o tym głośno, to pierwsze można nawet i ma miejsce, jednak gorzej jest z tym drugim.

Od wielu lat wymienia się w mediach kilka nazwisk niby największych w Polsce humanistów. Na humanistach spoczywa obowiązek – poza byciem „wizytówką” narodu czy kraju – „podtrzymywania życia”, a póki co, nasze życie gaśnie, i nie bez trudu można wskazać rok, od którego zacznie się nieodwracalny proces zanikania naszego narodu, po prostu przestaniemy istnieć! – oto dzieło naszych duchowych przywódców, oczywiście oni powiedzą, że winien jest naród – słyszałem już takie wypowiedzi – a takie twierdzenie nie jest przecież niczym innym, jak tylko zrzucaniem winy z siebie. A może jednak mój głos nie pozostanie głosem wołającego na pustyni i znajdzie się ktoś, kto albo mnie poprze, albo mi „dołoży” i w ten sposób zacznie się coś dziać wokół zamierającego narodu! A może jednak ci nasi wielcy humaniści i tzw. przywódcy duchowi narodu nie mają nic wspólnego z wielkością i z duchowością?

Świdnik, jesień 2002 roku

(05) Co oznacza pojęcie „bestia” w mojej poezji?

Poezja nie jest „mową wprost”, stąd „język poezji” nie dla każdego jest zrozumiały, a poza tym każdy poeta „ubiera” podstawowe kanony „języka poetyckiego” w „garniturek”, który sam projektuje dbając o to, aby był to najpięknięjszy i jedyny w świecie „ubiór”. Kiedyś zapytano mnie, co rozumiem pod pojęciem „bestia”, więc pomyślałem sobie, że być może takie pytanie przyjdzie do głowy Komuś, Kto „przegląda” moją stronę literacką..
„Bestia” to taki człowiek, który posiada dziwnie skonstruowane serce; dziwność ta polega na tym, że w sercu „bestii” żyje, i nieustannie się potęguje, pragnienie niszczenia drugiego człowieka. Jeśli niszczenie drugiego człowieka nie ma miejsca, wówczas człowiek-bestia nie jest usatysfakcjonowany ze swego życia, co zmusza go do poszukiwania „ofiary”. Z biegiem lat człowiek-bestia staje się specjalistą w zakresie znajdywania „partnera” i niszczenia go. Oj!, biedny ten, który wpadł w sidła bestii, i im później się zorientuje, z kim ma do czynienia, tym mniejsze prawdopodobieństwo wyjścia żywym z ramion bestii.


(06) Odpowiedź na „List” Redakcji „Elle” skierowany do mężczyzn.
KOCHANE!
Miałbym wyrzuty sumienia do końca życia, gdybym nie odpowiedział na tak piękny „List”. Poruszył on bardzo mocno moją duszę, moje ciało i mój intelekt. Poruszony przez Panie problem jest mi znany, albowiem interesuję się od dosyć dawna różnymi aspektami stosunków damsko-męskich; cieszę się z zaistnienia okazji do wypowiedzenia się na ten temat. Występuję z pozycji mężczyzny, który mimo nieudanego małżeństwa /jestem po rozwodzie/ ceni kobiety i nie wyobraża sobie życia bez nich.
W w/w „Liście” jedno z pytań brzmi: „Nie możecie, czy nie chcecie nimi być?” /chodzi o propozycje partnerstwa/. Ja myślę, że takie partnerstwo jest możliwe, ale nie sądzę, aby można je było osiągnąć bez wielkiej pracy nad sobą i wielkiej pracy we dwoje dla dobra wspólnego. Według mnie problem polega na tym, że człowiek jest istotą wyjątkową, z czego nie wszyscy zdają sobie sprawę, wyraźnie widać, że mechanizacja życia przenosi się na człowieka, niektórym się wydaje, że człowiekiem, podobnie jak maszyną, można posterować, wystarczy tylko wiedzieć, na który guziczek – dla osiągnięcia określonego celu – nacisnąć. Niestety, drogą naciskania guziczków nie osiągnie się tego, co jest najcenniejsze, czyli pięknych i niepowtarzalnych zachowań, zachowań, które sprawiają, żę chce się żyć we dwoje! Nie da się przeskoczyć, a tym bardziej wyeliminować „dorobku” natury, która przez setki tysięcy lat dochodziła do „najlepszych rozwiąń”. Włśnie te „najlepsze rozwiązania” są tłumione, tępione i deformowane barbarzyńską eksploatacją sfery duchowej cłowieka. Praca człowieka nad sobą polegałaby więc na osiągnięciu umiejętności przechodzenia ze „stanu nienaturalnego” w „stan naturalny”, natomiast praca we dwoje dla dwojga zmierzałaby do znalezienia najpiękniej współbrzmiących „punktów wspólnych”. Wszystko wskazuje na to, że jest jednak odwrotnie, wysiłek idzie w manipulacje i utrwalanie masek, ale przecież każdy, kto chociaż trochę zna życie, wie, że wcześniej czy później prawda ujrzy światło dzienne; dla niektórych taka chwila prawdy to wielki szok, z którego nie każdemu udaje się wyjść „na prostą”.
W „Liście” jest pytanie: „Jak to możliwe, że wciąż nie możemy się dogadać, chociaż tyle o sobie wiemy?” Ja myślę, że właśnie na tym polega urok życia we dwoje; sądzę, że tak jesteśmy skonstruowani, aby ciągle poszukiwać tego, co łączy, a każde takie „cenne znalezisko” traktować jako dowód na aktywne uczestnictwo w procesie opanowywania sztuki bycia we dwoje.
„A wy czego pragniecie?” – to kolejne /wyrwane z kontekstu/ pytanie w „Liście”. Trudno mi odpowiadać za innych, jeśli o mnie chodzi, to na pierwszym miejscu stawiam szacunek i takie bycie ze sobą, które zaowocowałoby wzajemnym zaufaniem. Myślę, że jeśli osiągnie się stan wzajemnego zaufania, to wszystko inne pójdzie już gładko.
Dziękuję za zaproszenie do wypowiedzenia się na temat jednego z najważniejszych problemów współczesnego człowieka. Serdecznie pozdrawiam Redakcję „Elle” i wszystkie Panie, które podpisały „List”.
Janusz Józef Adamczyk, Świdnik k.Lublina

(07) Jak to jest z człowiekiem?

Czy rzeczywiście każdy człowiek lubi myśleć? Czy rzeczywiście każde ludzkie serce pragnie kochać? Wygląda na to, że myślenie myśleniu nie jest równe; z pewnością każdy żyjący człowiek „jakoś tam myśli”; ja myślę, że prawdziwe myślenie ma miejsce wtedy, gdy człowiek – w efekcie tegoż myślenia – pozytywnie się rozwija, tzn. każdego następnego dnia rozumie więcej, niż rozumiał dnia poprzedniego.
A co z „kochaniem”?; myślę, że jest podobnie, tzn. kocha się prawdziwie wtedy, gdy z każdym dniem kocha się bardziej!

Swidnik, kwiecień 2004 r.

 (08) Czyżby dwie prawdy?!

Thomas Merton „W natarciu na niewypowiadalne” pisze: „Ta okropna łatwość, z jaką dochodzi do uwiedzenia, nie dlatego, że jest pożądane, ale dlatego, że stanowi część nieubłaganego trybu wydarzeń, od którego nie ma ucieczki.
Owa nieubłagana logika tego świata strachu.”
To ostatnie zdanie powyższego cytatu wydaje się być odpowiedzią na pytanie: Co stanowi kryterium tej drugiej prawdy?
Czytając w/w książeczkę warto zastanowić się nad pytaniami, które stawia T.Merton: „Co jest poważne? Co tak naprawdę należy brać na serio? Czym jest branie czegokolwiek na serio? W co należy wątpić? Czego  można nie brać pod uwagę? Czy cokolowiek jest na serio? W tym być może leży problem samej rzeczywistości.”

Świdnik, styczeń, 2005 r.

 (09) Cywilizacja śmierci

Nie ma życia bez uczuć, kto nie kocha, ten nienawidzi. Nienawidzący, nie łagodzący swej nienawiści, dążą – w efekcie potęgowania się uczuć repulsywnych – do przeżywania /w taki czy inny sposób/ aktów zbrodni. Nie bez podstaw nazywa się więc dzisiejszą cywilizację cywilizacją śmierci. Chyba nikt nie zaprzeczy, że to, co dzisiaj nazywa się miłością, z miłością jako uczuciem niewiele ma wspólnego. Jesteśmy więc świadkami rozprzestrzeniania się uczuć negatywnych mimo, że tak często, i w wielu miejscach, „słychać i widać miłość”.
Świdnik, 18 luty, 2005 r.

(10) Walka dobra ze złem i coś jeszcze.
O istnieniu dobra i zła słyszał chyba każdy człowiek, ale jest coś jeszcze, coś czego nie dostrzega się „gołym okiem”; tym „tajemniczym czymś” jest specyficzna postawa pewnego typu ludzi.  Postawa ta jest efektem zlania się dewocji z kompulsywnie podejmowaną aktywnością na rzecz samo utwierdzania się w przekonaniu, że życie sprowadza się do wypełniania misji rozumianej – na gruncie, niestety, wypaczonej wiary – jako spełnianie się w swym przeznaczeniu. Tę specyficzną postawę nazwałbym po prostu kompulsywną misyjnością. Zastanawiam się, czy nie należałoby mówić o tej postawie jako o jednostce chorobowej, znam bowiem osobę, której owa kompulsywna misyjność jest przerażająco agresywna, nie jestem w stanie powiedzieć nic, ale to absolutnie nic w swej obronie, osoba ta wie wszystko najlepiej i, co jest najbardziej przerażające, wszystkich obwinia, żadne autorytety dla niej nie istnieją, jest największym autorytetem na świecie w tej dziedzinie, którą się zajmuje /zresztą amatorsko/.
Być może nie jestem jedynym człowiekiem, który miał „szczęście” poznać taką specyficzną  osobę, gdyby tak było, to można by się pokusić o napisanie czegoś poważniejszego, np. eseju, na temat kompulsywnej misyjności.
Marzec 2005 r.

(11) Tajemnica „drugiej strony”

Można żyć z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, od Sylwestra do Sylwestra, dla dzieci, dla wnuków i co dalej? Tajemnica? Nazwijmy tę tajemnicę „drugą stroną”. Jeśli wierzymy, to wiemy, że Jezus odwiedził nas ludzi przychodząc, „na chwilę” z „tamtej strony”. Czy nie warto więc rozważać tej prawdy? Czy nie warto na ten temat wymieniać myśli? A może ktoś zechce podzielić się ze mną swoimi myślami właśnie na ten temat?

adamczyk2@poczta.onet.pl

(12) W ogrodzie sztuki poetyckiej

Warto uświadomić sobie, że istnieją trzy prawdy: humanistyczna, naukowa i logiczna. Do każdej z tych prawd „dochodzi się” inną drogą i każda z nich ma swoje kryterium prawdy. Humanista, to człowiek, o którym można powiedzieć, że zna prawdę humanistyczną, bądź jest blisko tej prawdy. Ludźmi, którzy nieustająco „dotykają” prawdy humanistycznej, są artyści, oni tę prawdę odkrywają i przybliżają społeczeństwu. Prawdziwy poeta także jest artystą, a jego poezja jest sztuką.
Jedną z cech osobowości artysty, ale także i naukowca jest intuicja. J.M.Bocheński stwierdził /”Polski Testament”, s.99/: „…artysta ma wizję, a naukowiec ma wizję swojej hipotezy. Różnica jest ta, że artyście wystarczy rzutować w materię, stworzyć dzieło sztuki, a naukowiec musi wszystko, co pomyślał, uzasadnić. Tego artysta nie potrzebuje. Niemniej intuicja odgrywa ogromną rolę jako motor twórczości, ale ta intuicja w nauce, w poznaniu musi być kontrolowana.” Intuicja artysty to intuicja estetyczna, dzięki niej artysta odkrywa prawdę humanistyczną. W dziełach Edyty Stein spotykamy termin „prawda artystyczna”, jestem zwolennikiem tego właśnie terminu, a nie wyrażenia „prawda humanistyczna”.
„Prawda artystyczna” – w/g E.Stein – jest zgodnością dzieła sztuki z czystą ideą; przy tym nie chodzi o to, czy tej idei odpowiada coś w „rzeczywistym” świecie, w świecie naszego naturalnego doświadczenia.”
Warto też wspomnieć o istnieniu takiego terminu jak „poetycka wrażliwość” /”poetic sensibility”/. Każdy artysta jest człowiekiem wrażliwym, poetę charakteryzuje „poetycka wrażliwość”. Jak wiemy, Wielcy Ludzie pozostawili nam wielkie prawdy, na zakończenie niniejszego felietonu przytoczę jedną z takich prawd, oto ona: „Stopień doskonałości, jaki osiąga w jakiejś dziedzinie sztuki uzdolniona w tym kierunku jednostka, jest ściśle proporcjonalny do jej zdolności niemyślenia.” /Simone Weil, 427/.
Świdnik, grudzień 2005 r.

                                                  (13) Własna tożsamość

Każdy dorosły człowiek ma dowód tożsamości, ale czy rzeczywiście każdy dorosły ma swoja tożsamość? Od czasu do czasu warto zadać sobie  pytanie: kim jestem? Pytanie bardzo proste, ale nie łatwo na nie odpowiedzieć, tak jak nie jest łatwa droga do poczucia pełni własnej tożsamości. Droga do „uzyskania” poczucia własnej tożsamości jest wielokierunkowa i wielopoziomowa, najkrócej mówiąc chodzi o: poznanie, samopoznanie, przyjaźń, miłość, samorealizację i wolność. Te „umiejętności” i te stany ducha można nazwać „rozwojowymi”, w którymś momencie tej drogi człowiek zaczyna uświadamiać sobie siebie, siebie takim, jakim jest naprawdę. Właśnie dlatego bardzo przemawia do mnie definicja sztuki Józefa Czechowicza: „Sztuka to najwyższy wyraz samouświadomienia ludzkości”.

(14) Głębia prawdy

W felietonie osiemnastym (f18) napisałem, że jedynym kryterium normalności jest  pragnienie poznania prawdy. Czym jest prawda?, – najogólniej mówiąc, prawda to fakty, ale jak wiemy fakty mają swoje przyczyny i motywy. Przyczyny i motywy to głębia prawdy, i tu zaczynają się problemy, a problemy te nierzadko „przemieniają się” w bagno. Przyczyną wspomnianej „przemiany” jest brak wystarczającej wiedzy u tych, którym powierza się zadanie ustalenia przyczyn, czy motywów; być może nikomu ten brak odpowiedniej wiedzy nie przeszkadza, albowiem dopuszcza się /w ramach procedury prawnej/ różne, nawet sprzeczne opinie eksperckie, z których wybiera się, te, które „pasują”, i właśnie ta procedura „dopasowywania” ekspertyz jest istotą wspomnianego wyżej bagna. Z własnych doświadczeń wiem, że wspomniana „technologia ustalania przyczyn i motywów oraz ich dopasowywanie” ma w naszym kraju miejsce. Z powyższego wypływa wniosek, że kraj, w którym nie ceni się wiedzy, jest krajem wyjątkowo podatnym na korupcję.

(15) W obronie prawdy

Kiedyś (f13)  zapytałem: CZY PRAWDA JEST W STANIE SAMA SIĘ OBRONIĆ?!
Dzisiaj, kiedy mam w rękach uzasadnienie prawomocnego „Postanowienia o umorzeniu sprawy” mogę powiedzieć tak: jeśli potrafisz udowodnić to, że ludzie, którzy cię oskarżyli, świadomie i z premedytacją kłamali, to możesz być spokojna/-ny o swoją wolność, oczywiście pod warunkiem, że masz na tyle sił psychicznych, aby wytrwać przez długie miesiące walki z tymi wszystkimi, którzy sprzyjają kłamcom, a nierzadko są to takie instytucje państwowe jak policja, prokuratura i współpracujące z nimi różne „agendy”. Walka w obronie prawdy jest po prostu walką z mafią, ale nie zrażaj się tym, te walkę można wygrać nawet samotnie, mnie się to udało.

Marzec 2006 r.

(16) Brzydkie motywy

Jakie mogą być motywy szkodzenia komuś? Jest ich wiele, do najczęściej spotykanych należą: zazdrość, mściwość i zaburzenia psychiczne. W „grupie szkodzących” na pewno nie znajdują się ludzie inteligentni, tacy rozumieją, że każdy bardziej inteligentny ode mnie, to większa szansa dla mnie (chęć doskonalenia się) i pożytek dla społeczeństwa. Niestety, ci, którzy chcieli do czegoś uczciwie dojść (i doszli) wiedzą, że zawsze znajdą się tacy, którzy uczynią wiele, aby w tej uczciwej drodze przeszkodzić. Można zaryzykować twierdzenie, że im mniejsze miasteczko, tym więcej ludzi szkodzących przypadających na „jednego rozwijającego się”; być może taka lokalna autodestrukcja jest cechą charakterystyczną małych miasteczek, właśnie dlatego są małe i stają się coraz mniejsze.

Maj, 2006 r.

 

(17) Mózg domaga się aktywności

Wszystko wskazuje na to, że mózg ludzki domaga się aktywności, po prostu chce być wykorzystywany do takiego celu, do jakiego został stworzony. Jest jasne, że mózg nadmiernie eksploatowany ma prawo do zmęczenia się, co ludzie bardzo aktywni na pewno nierzadko odczuwają, ale wystarczy trochę dobrego odpoczynku, by znów poczuć  chęć do „główkowania”. Mój mózg, po świątecznym odpoczynku, „zaprowadził” mnie do zenu, czyli do jednej ze szkół buddyzmu. Czym jest zen? Zen jest specyficzną aktywnością zmierzającą do odkrywania prawd o życiu. „Szukamy jego tajemnic – pisze znawca zenu D.T.Suzuki – tam, gdzie jest najmniej prawdopodobne, że je znajdziemy, to znaczy, w słownych abstrakcjach i metafizycznych subtelnościach, podczas gdy prawda zen leży w istocie w konkretach naszego codziennego życia.” Podjąłem próbę przejawiania takiej aktywności, efektem tej próby, jak do tej pory, jest kilka wierszy, które zamieściłem w folderze <wiersze okolicznościowe> (34)/z34/; zapraszam do lektury tych tekstów.

(18) Powrót

Wracam /po roku milczenia na mojej stronie/, wracam dlatego, ponieważ zauważyłem, że są Ludzie, którzy interesują się moją obecnością w sieci. Nie wracam z pustymi rękoma, – wiersz „Poezja głębi” jest próbą mojego poetyckiego przedstawienia się; potrzebowałem czterdziestu lat tworzenia /debiutowałem w 1967 r./, aby móc „bliżej określić” swoją twórczość poetycką, czynię to właśnie wierszem „Poezja głębi”; tekstem tym pragnę wyjawić intencję mojej literackiej działalności w ogóle. Dla wnikliwego Czytelnika wiersz ten, to także bardzo bogate źródło wiedzy na temat mojej osobowości.
Nowy etap twórczości poetyckiej pragnę otworzyć moją nową definicją „poezji”, oto ona:

Poezja, to specyficzny wyraz myśli i przeczuć, za pomocą którego poeta przedstawia fenomen sensu i niepowtarzalności ludzkiego życia.

Świdnik, luty 2008 r.

 

(19) Przepis na śmierć

W dniu 25. kwietnia 2008 roku odbyła się rozprawa w jednym z Sądów lubelskich. Kilka godzin po rozprawie Pani Sędzia, w imieniu Rzeczpospolitej odczytuje Wyrok, a następnie komentuje go; pomiędzy zdaniami komentarza zdarzają się głębsze oddechy, wykorzystuję jeden z nich i stwierdzam: „To rodzic ma umierać!, – a dziecko niech się bawi!”. Pani Sędzia – po nabraniu powietrza – skomentowała moją „reakcję” słowami: „Taki jest przepis!” (za co córka – obecna na sali rozpraw – serdecznie Sądowi podziękowała). Dodam, że sprawa dotyczyła alimentów dla jednej z moich córek (dla tej, która była obecna na sali rozpraw; druga z bliźniaczek przebywa czasowo w Anglii, ta nigdy nie żądała ode mnie pieniędzy, otrzymywała tyle, na ile budżet domowy pozwalał, studiując potrafiła parę groszy sobie dorobić, z czego była, i jest, bardzo dumna).

Uzupełnienie: Patrz Folder ….. 11 …. (1) Uzupełnienia: ….. Maj/czerwiec 2008 (B.).

 

(20) Technologia „załatwiania” męża/ojca

Może się zastanawiasz Drogi/a Internauto/utko, czy warto czytać ten felieton? Jeśli interesuje Cię prawda o życiu, to poświęć kilka minut; opisuję moje przeżycia bardzo szczerze, czynię to z pełną świadomością i z myślą o tych, którzy za swoje poświęcenie się dla innych zamiast wdzięczności otrzymują bolesne ciosy, może coś takiego spotkało właśnie i Ciebie, więc „pociesz się”, że nie jesteś sam/sama.

Jeśli ktoś myśli, że w rodzinie życie słodko płynie, to jest w bardzo wielkim błędzie, nie ma najmniejszego pojęcia o życiu. W rodzinie jest wyjatkowo dużo problemów, ale jest to właśnie jedyne miejsce na ziemi, w którym człowiek może nauczyć się rozwiązywania największych życiowych problemów, po prostu – nauczyć się po ludzku żyć. Niestety, rodzina jest niszczona, i wiele wskazuje na to, że czyni się to świadomie i z wielką premedytacją. Kobieta (żona) czy dziecko może w każdej chwili wejść do prokuratury czy do komedy policji (mąż/ojciec czyni to tylko wtedy, ale i też nie zawsze, gdy jego życie jest rzeczywiście zagrożone) i tam, mając przed sobą niezwykle przejętego jej obecnością słuchacza, dać upust swojej, bardzo czesto psychotycznej fatazji; każda kobieta i każde dziecko mogą kłamać i fantazjować do woli nie ponosząc za to, przynajmniej w naszym kraju, nawet najmniejszej odpowiedzialności. Wizyty takie zawsze traktowane są bardzo poważnie i prawie zawsze przynoszą efekt w postaci aktu oskarżenia wobec męża czy ojca. W moim przypadku, gdybym np. wcześniej wyrzucił pokwitowania za opłacane córkom obiady ( autorka donosu – Grażyna Mazurek, jako jedna z kłamczyń w tejże sprawie, twierdziła, że córki jadły tylko zupkę, gdy takowa zostawała po wydaniu wszystkich obiadów w szkole) i nie był w stanie udowodnić paru innych kłamstw, oraz gdyby biegli psychiatrzy sądowi (którzy przez wiele godzin mnie badali) mieli jakiś cień wątpliwości co do mojej normalności, to sprawa ta zakończyłaby się osadzeniem mnie w więzieniu (czego domagał się prokurator W.), bądź w szpitalu psychiatrycznym (o co zabiegał prokurator K.).
Wspomniałem wcześniej o demontażu rodziny, czy właśnie nie jest tak, że takiego demontażu dokonuje się min. poprzez sporządzenie i wysłanie do sądu fałszywego, a nawet idiotycznego aktu oskarżenia? Akt oskarżenia mojej osoby (sporządzony przez panią prokurator W.) rozpoczynał się słowami: „Janusz Adamczyk zawsze był bardzo wymagający w stosunku do córek gdyż w procesie wychowawczym wprowadzał ścisłe nakazy i zakazy, które miały być przez córki bezwzględnie przestrzegane.” Córki wychowywałem sam, rozstawliśmy się rano, one – do szkoły, ja – do pracy, spotykaliśmy się późnym wieczorem przy wspólnej kolacji, mając co najwyżej kilkanaście minut na dobę dla siebie; żadnych zakazów, żadnych nakazów, żadnych szans, gdybym nawet chciał, takowe wydawać (co nigdy nie było i nie jest w moim stylu) i egzekwować. Ten wstęp oskarżenia mowi już wszystko – jest dowodem braku wyobraźni i doświadczenia w wychowywaniu dzieci, a także świadectwem niezdawania sobie sprawy z tego, jak wygląda życie pracującego mężczyzny samotnie wychowującego dwójkę dzieci (w moim przypadku – dwie córki bliźniaczki), któremu nikt nie pomaga, a wszyscy zazdroszczą, że córki rozwijają się prawidłowo i odnoszą wielkie sukcesy w różnych dziedzinach! Jako wyjątkową „ciekawostkę” zacytuję jeszcze jedno zdanie z w/w oskarżenia: „Z uwagi na rozpoczęcie nauki w gimnazjum dziewczynki miały mniej czasu na wykonywanie obowiązków związanych z utrzymaniem porządku, co było jednym z powodów awantur w domu.”
W moim miasteczku znaleźli się ludzie, tzn. potwory w ludzkiej skórze, które, czerpiąc siły do swego ziemskiego życia z psychicznego katowania niewinnych ludzi, doniosły, ze ja współżyję seksualnie z córką; oczywiście prokuratura wiadomość te przyjęła i nadała sprawie bieg. W przypadku mojej osoby, ludzkie potwory nie osiągnęły zamierzonego celu, – nie udało się im mnie, niewinnego człowieka, ani osadzić w więzieniu, ani zamknąć w szpitalu psychiatrycznym, ani zmusić do samobójstwa (co też z pewnością brano pod uwagę wiedząc, jak bardzo będą mnie boleć takie oskarżenia i mając świadomość, że nie stać mnie na obrońcę), ani unicestwić śmiercią głodową (felieton nr 31), ale czy każdy tak „załatwiany” mąż/ojciec jest w stanie udowodnić swoją niewinność? Czy każdy w podobnej sytuacji ma na tyle dużo oparcia w Bogu, aby, przeżywając taki koszmar i wiedząc kto za nim stoi, normalnie i bez nienawiści żyć? Właśnie takie pytanie – a dokładnie: „Jak pan to wytrzymuje?”- zadała mi pani doktor Panas, – pracownica Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego, w którym kiedyś byliśmy badani.
Proceder demontażu rodziny w naszym kraju jest faktem, ale pierwsze kroki w tym procederze stawiają ludzkie bestie rozkoszujące się zadawaniem bólu niewinnym ludziom. Nie ulega wątpliwości, że w naszym społeczeństwie ma miejsce przemoc i zwyrodnienie i z tą patologią trzeba bezwzglednie walczyć, nasuwają się jednak pewne pytania: Czy ludzkie bestie przeróżnej maści, jakich w naszym kraju nie brakuje, nie wykorzystują „klimatu walki z przemocą” do „załatwienia” swego niewinnego męża, ojca, sąsiada, konkurenta? Dlaczego kobiety i dzieci („nakręcane” przez ich matki) nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za fałszywe oskarżenia męża/ojca? Dlaczego nic się nie mówi o przemocy psychicznej (a zdarza się i fizyczna) kobiet wobec mężczyzn, a także o szantażowaniu rodziców przez dzieci? Czy zbyt wielkie „przegięcie pały” w jedną stronę nie jest dowodem na to, że w istocie wcale nie chodzi o dobro rodziny, a wręcz odwrotnie – o jej degradację? Dlaczego zdanie ojca w wielu spornych kwestiach rodzinnych w ogóle nie jest brane pod uwagę? Czy nie jest tak, że funkcjonariusze publiczni świadomie przymykają oko na ewidentne kłamstwa „donosicielek”, a nawet stymulują fabrykowanie fałszywych oskarżeń? Czy nie jest tak, że pojęcie „ojciec” stało się w naszym kraju pojęciem absolutnie pustym? Czy nie jest tak, że zamiast pomagać ojcom samotnie wychowującym dzieci dyskryminuje się ich? Czy nie jest tak, że coraz częściej osobiste uprzedzenia, kaprysy, obsesje, koneksje i korupcja leżą u podstaw wymierzanej sprawiedliwości?
Warto wspomnieć, że w kreowaniu wyżej opisanego horroru wielką uczynnością wobec Prokuratury wykazały się, prócz wyżej wymienionych, następujące osoby: panie kuratorki Służby Kuratorskiej Sądu Rodzinnego i Nieletnich, syn autorki donosu – Wojciech, a także niektóre z pracownic w/w Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego, a w szczególności ta, która twierdzi, że zastosowała metodę Cattela!; gdyby tę metode rzeczywiście wykorzystała, to musiałaby odmowić współpracy z Prokuraturą, jeśli chciałaby pozostać wierną nauce i prawdzie!
Porzucone przez matkę trzyletnie bliźniaczki, to widocznie zbyt mała krzywda wyrządzona tym dzieciom, trzeba więc było – w imię idiotycznie pojmowanej przez w/w osoby „kobiecej solidarności” – dokończyć dzieła zniszczenie, – zgnoić ojca (który przez prawie dwadzieścia lat samotnie opiekował się córkami, tworząc im warunki do osiągania wielkich sukcesów – liczących się w skali kraju – w różnych dziedzinach życia, co sprawiało córkom wielką satysfakcję i umożliwiało im realizację celów, jakie same sobie wyznaczały) poprzez fałszywe oskarżenie go o wszelkie zło, którego nigdy się nie dopuścił, zgnoić go, a najlepiej całkowicie wyeliminować, – zniszczyć źródło prawdy o naturze niektórych kobiet; zniszczyć więź między córkami i ojcem (nad czym, w odniesieniu do jednej z córek – nie mówiąc już o synach – pracowano z wielką premedytacją i od wielu lat); zostawić ruiny i zgliszcza, co jest bardzo charakterystyczne dla pewnego typu ludzi. Dla kreatorów tego najbardziej współczesnego horroru (jakiego jeszcze nikt nigdy na żadnym ekranie nie oglądał) nie było ważne, że córki ucierpią podwójnie, – a może to kara za to, że nie chciały kłamać w czasie badań i zeznań?, kara szczególnie dotkliwa dla tej, która od samego początku nie kłamała, nie pozwoliła nikomu sobą manipulować i nikomu nie dała się przekupić, a na decyzję „umieszczenia w Pogotowiu Opiekuńczym” zareagowała słowami: „Odpierdolcie się ode mnie”. Druga z córek, szczególnie mocno manipulowana przez jedną z kuratorek Służby Kuratorskiej, ocknęła się dopiero po zobaczeniu na własne oczy tego obiecywanego jej raju – Pogotowia Opiekuńczego, i, na jej szczęście, nie zabrakło jej rozumu w tej szczególnej chwili, kiedy los dał jej możliwość zadecydowania – „zostać w tym raju, czy w tył zwrot i do domu”; niestety, kuratorka nie odpuściła, dalej manipulowała (na marginesie dodam, że wspomniana kuratorka nie była jedyną osobą, która manipulowała tą córką) tym dzieckiem. Ktoś, kto dysponuje rzeczywistą wiedzą psychologiczną i pedagogiczną, z pewnością zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo skrzywdzono tę moją córkę, którą przez kilka lat manipulowano, wręcz – prano jej mózg, oczywiście winnych nie ma, a jeśli – to ojciec! Oto tępota umysłowa niektórych funkcjonariuszy publicznych oraz, wydawać by się mogło, ludzi bliskich sercu dorastającego dziecka; oczywiście, że próbowałem walczyć z tą tępotą i paranoją, w toku tej walki odkryłem powiązania i mechanizmy, na które nie ma prawa, np. nie można – nie ma takiej możliwości w świetle obowiązującego w Polsce prawa – zaskarżyć, nie mówiąc już o odszkodowaniu za krzywdy moralne, błędnych decyzji ROD-K (Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego); w pewnej chwili zwróciłem się do tej instytucji o pomoc, wówczas od Pani Dyrektor tej placówki usłyszałem: „My nie jesteśmy do udzielania pomocy, my pracujemy dla sądu”. I rzeczywiście, jak później ustaliłem, firma ta pracuje i dla sądu i dla prokuratury, sama nie podlegając nikomu i nie ponosząc żadnej odpowiedzialności za treść dokumentów przesyłanych do tych instytucji. Szukałem też poważnych dziennikarzy, ale cóż, żyję w takim zakątku naszego kraju, w którym, jak pokazało życie, obowiązuje zasada: „lepiej się nie wychylać”.
Myślę, że bezcennym doświadczeniem ( życiowym, zawodowym, jak i naukowym – jeśli mówienie o nauce w odniesieniu do lubelskiego ROD-K i niektórych funkcjonariuszy związanych z wymiarem sprawiedliwości – w ogóle ma sens) dla w\w osób byłoby prześledzenie przez nich dalszych losów obu moich córek – a pełny obraz „sprawy” uzyskaliby ogarniając także i moich synów, którzy, na życzenie b.żony, znajdowali się pod jej opieką – ale czy w pragnieniach twórców wyżej przedstawionego horroru znajduje się takie, które nazywa się „pragnieniem pozytywnego rozwoju”? Bardzo w to watpię!!!

 

(21) Do kogo kierowane są dwa poprzednie (19. i 20.) felietony i jaki egzystencjalny wniosek z nich wypływa?

Dla kogoś, kto rzeczywiście pragnie poznać życie, felietony te są przykładem rzadko spotykanej szczerości. Mam świadomość, że przedstawionymi w nich fakatami naraziłem się wielu osobom, a wsród nich także i funkcjonariuszom publicznym. Najprawdopodobniej są i tacy, którzy nie wierzą mi, – ich sprawa, i nie zamierzam ich przkonywać ujawnianiem kolejnych faktów, albowiem nie do tych ludzi kieruję swoje słowo. Ujawnione przeze mnie prawdy dają dużo do myślenia, oczywiście ludziom myślącym; głębsza analiza tych (i innych, znanych ludziom myślącym) prawd pozwala na wyciągnięcie następującego wniosku: Ludzie żyjacy z „drugiej ręki” mają pretensję do całego świata, że to on jest winien ich „smutnego losu”, ale jeśli uda się im znaleć „kogoś konkretnego”, kogo można obarczyć wyimaginowaną winą, to uczynią wszystko, aby tego „kogoś” zgnoić, zetrzeć z powierzchni ziemi. Realizując taki cel znajdują (w różnych miejscach, także w instytucjach państwowych) wspólników – ludzi, podobnie jak oni, żyjących „z drugiej ręki”, między tymi ludźmi rodzi się specyficznego rodzaju więź, która najprawdopodobniej jest wynikiem poczucia solidarności w walce ze „złym światem”, w ten sposób dochodzi do uformowania się swoistego kręgu zła. Konsekwencją zaistnienia takiego kręgu może być np. skazanie niewinnego człowieka. Oczywiście nie jest tak, że każdy człowiek żyjący z „drugiej ręki” trafia do kręgu zła i za jego pośrednictwem zaspokaja autodestrukcyjną żądzę niszczenia, zawsze istnieją jakieś szanse wyrwania się z „ciemności”, wymaga to jednak wielkiego wysiłku, a nade wszystko pragnienia: „Po przekroczeniu pewnego progu – pisze Simone Weil w książce „Szaleństwo miłości” – nadprzyrodzona część duszy króluje nad jej częścią naturalną, ale nie poprzez przemoc, lecz przekonanie, nie poprzez wolę, lecz pragnienie.” Ale któż to może wiedzieć, kiedy i czy w ogóle człowiek żyjący „z drugiej ręki” „przebudzi się” i rozpocznie nowe życie? „Za każdym idzie jego cień – pisał Karol G. Jung – i w im mniejszym stopniu jest on zespolony ze świadomym życiem jednostki, tym jest ciemniejszy i większy.” Niebezpieczeństwa wynikające z nieświadomości istnienia własnego Cieniea są ogromne: „Kozłem ofiarnym może stać się także drugi człowiek – pisze Zenon Waldemar Dudek w artykule „Cień w kulturze” – jeśli nie rozwiną się empatia i pozytywne więzi. Tendencje do przemocy, gwałtu, bezprzedmiotowej władzy, niszczenia, aż do morderstwa włącznie, są różnymi sposobami ujawniania się tego samego prawa agresji i niszczenia, które wynikają z braku pozytywnych wzorów kontaktowania się z ciałem i nieświadomością.” Poznałem w swoim życiu wielu różnych ludzi, kiedyś, jeden z liczących się w środowisku psychoterapeutów powiedział mi tak: „Są i tacy ludzie, którym nikt i nic nie pomoże, – nie zmienią się!”. A może jednak trzeba cierpliwie czekać? Obserwować? Nie tracić kontaktu? Mieć nadzieję? Ale czy wystarczy życia? A nawet gdyby nie starczyło, to chyba przyjemniej będzie umierać ze świadomością NIEPRZEKREŚLENIA człowieka, niż z życzeniem „precz z mych oczu”.

(22) Kompromitujące wypowiedzi (w związku ze strzelaniną w jednej ze szkół fińskich), emitowane w dzienniku TVP1 – dnia 24 września 2008 r., g.19.30 – na temat „ludzi wyglądających niewinnie”

Dla kogoś, kto zetknął się z psychologią głębi oraz z odkryciami Szkoły Psychologicznej w Palo Alto w/w wypowiedzi są, mówiąc najdelikatniej, bardzo śmieszne. Należy umieć odróżniać niewinność autentyczną, naturalną od niewinności nienaturalnej, a nawet świadomie udawanej, ale tę umiejętność posiadają ludzie z prawdziwym wykształceniem, których w naszym kraju się nie lubi i niechętnie takowych się zatrudnia, stąd też nierzadko słyszane w mediach, tak publicznych jak i komercyjnych, kompromitujące wypowidzi rzekomych ekspertów.
Moja strona ma chrakter poetycki, więc pozwolę sobie zamieścić w tym miejscu wiersz, który mówi o autentycznej niewinności:

Twoja niewinność

W absolutnym bezruchu
pełen podziwu
ogarniam Twoją niewinność
Nie otwierając ust
żałuję za moje grzechy
i proszę o rozgrzeszenie
Tak wpatrzony w Ciebie
odzyskuję czystość mej duszy
Wiem
że wielu przygląda się Tobie
ale nie widzi
i wielu nie uwierzy
ale to Ty (.) niewinna
a nie oni –
pewni siebie i swej mocy

przenosisz góry
otwierasz nowe przestrzenie
wyzwalasz
i prowadzisz do Żródła!

(23) Dlaczego uważam się za poetę metafizycznego?

Żyjąc, nie sposób nie widzieć gwiazd na niebie, nie sposób nie pytać o Boga, o nieskończoność, o czas i wieczność. Właśnie niedawno napisałem i zamieściłem na tejże stronie TRYPTYK METAFIZYCZNY – patrz: „Bieżące utwory poetyckie” nr 57.

(24) Chybione proroctwo pani G.P., czyli uzupełnienie felietonu 16., a także felietonów: 31., 32. i 33.

Kobieta, która jest „bahaterką” w/w szesnastego felietonu, dziesięć lat temu twierdziła, że wychowywane przeze mnie córki nie będą chciały mieć dzieci, i nie będą ich miały, albowiem tylko matka potrafi tak wychowywać córki, aby te, także mogły się stać w przyszłości matkami. Bardzo jestem ciekaw, jak zreaguje pani G.P. (wypowiadająca w/w proroctwo), kiedy powiem jej, że jedna z wychowywanych przeze mnie bliźniaczek – Klaudia urodziła (w lutym b.r.) dziecko. Od dłuższego już czasu Klaudia wspominała o zamiarze założenia własnej rodziny; wiem, że od momentu (czyli przeszło rok temu), kiedy znalazła się w Anglii, nie łatwo Jej było wybierać między robieniem kariery zawodowej, a zakładaniem rodziny; jak to najczęściej u Niej bwało – zapytała o mnie o zdanie, ale już „po fakcie”, a że w/w „fakt” zaistniał z potrzeby serca, więc było to raczej „pochwalenie się”, niż pytanie o zdanie
Klaudia urodziła córeczkę, jest dla niej bardzo czułą i opiekuńcza matką, jest bardzo szczęśliwa z faktu stania się matką. Co na to powie pani G.P? Z pewnością pamięta lansowaną przez siebie teorię dotyczącą córek wychowywanych przez ojców. Najprawdopodobniej pani G.P. należy do tego typu humanistów, którzy posiadają taki intelekt, który nie pozwala im zrozumieć, że każdy człowiek jest absolutnie autonomiczą jednostką ludzką, i wystarczy tę autonmię uszanować, aby stały się „rzeczy wielkie”. Oczywiście, że z pustego i Salomon nie naleje, potrzbna jest wiedza i ogłada, potrzebne są więzi i dyspozycje, czyli coś w rodzaju „nadbudowy” nad genami. Tę „nadbudowę” wznoszą przez wiele lat rodzice!
Czy druga córka – bliźniaczka też urodzi kiedyś dziecko? Trudno jest mi odpowiedzieć na to pytanie; w świetle wiedzy, jaką przedstawiłem w felietonach nr 31 i nr 32, nie wydaje mi się, aby nastąpiło to szybko, jeśli w ogóle kiedykolwiek to nastąpi; jak przedstawiałem w w/w felietonach, znalazły się takie osoby – tak prywatne jak i publiczne – które włożyły bardzo dużo wysiłku w to, aby wznoszoną przez kilkanaście lat „nadbudowę” kompletnie zdemolować!, co oczywiście im się udało!, i z czego najprawdopodobniej bardzo się cieszą. Dziwni są to ludzie i dziwna jest ta ich radość, ale cóż, mówią „wielcy”, że każdy jest szczęśliwy na swój własny sposób. Być może potrzebne są dziesiątki kolejnych lat, aby móc sformułowć bardziej jednoznaczne uogólnienia, ale kto ma to uczynić? Komu zależy na prawdzie, autentyźmie, pozytywnym rozwoju?!
Bardzo smutne jest to, że w/w pani G.P. uważała się (i najprawdopodobniej dalej za taką się uważa) za wyjątkowo wybitnego pedagoga, smutne jest to dlatego, ponieważ jej stanowisko było bardzo zbieżne z postawą tych ludzi, którzy z taką determinacją prali mózg jednej z moich córek. Tak chciałoby się zapytać tych ludzi: I co przez to osiagnęliście? Czym, tak naprawdę, kierujecie się w swej dzialalności? Czy w ogóle kiedykolwiek zastanawialiście się nad istotą człowieka?

Świdnik, 6. marca 2009 r.

(25) Plastynatorium – nie sposób nie pytać o jego sens!?

Pamięć i wyobraźnię normalnego człowieka wypełniają przede wszystkim obrazy i treści będące „efektem” jego istnienia w realnym świecie; oczywiście są tam też i mniej wyraziste „obrazki”, takie jak pragnienia czy marzenia, które w jakimś dopuszczalnym stopniu odrealniają, a być może, i upiększają codzienną rzeczywistoś. W naszej pamięci żyją także postacie ludzi, głównie tych, z którymi się spotykamy na co dzień, ale także i tych, którzy już odeszli z tego świata. Pobyt na cmentarzu, zatrzymanie się przy mogile kryjącej ciało osoby, którą znaliśmy, która była nam bliska, przywołuje tę osobę w naszej pamięci; zdarzyło mi się, że po takim refleksyjo-modlitewnym zatrzymaniu się przy grobie mojej babci, ta (w najbliższą noc) przyśniła mi się, – wyglądała i zachowywała się tak, jak miało to miejsce za jej życia.
Informacja o istnieniu plastynatorium bardzo mnie poruszyła, w głowie mojej pojawiły się min. następujące pytania: 1. Jakie obrazy, jakie wspomnienia może wywoływać świadomość faktu, że osoba, którą znaliśmy, a może i kochaliśmy, jest plastynatem? 2. Czy nie jest tak – biorąc pod uwagę min. to, że w berlińskim plastynatorium ma być eksponowany (do dnia 30.08.2009 r.) akt seksualny – że celem tej specyficznej technologii preparowania ludzkiego ciała i publicznego prezentowania „produktów” tego procederu jest „cywilizowanie” nekrofilii i, jako takiej, propagowanie jej?! 3. Czy nie jest tak, że przyzwalamy na istnienie czegoś, co należałoby nazwać rakiem ludzkiej duszy?! 4. Czy nie jest tak, że uporczywe głoszenie hasła tzw. wolności w sztuce nie otwiera furtki do nazwania w/w „spreparowanego aktu seksalnego” dziełem sztuki? 5. Czy nie jest tak, że kultura europejska zaczyna oddychać jakimś zgniłym powietrzem?

(26) Pokolenia – korzenie – ich blaski i cienie (1)

Z pewnością jest miło takiemu człowiekowi, który może powiedzieć: „Mój dziadek otrzymał Virtuti Militari.” „Mój wuj jest wspaniałym lekarzem.” Moja siostra została przeoryszą.” Oczywiście, że nie chodzi o tzw. chwalenie się, ale o dzielenie się radością z powodu posiadania pewnych dyspozycji psychicznych, które są dziedziczne i które powinno się w kolejnych pokoleniach odkrywać, rozwijać i wykorzystywać. Ignorowanie maechnizmu dziedziczenia, czyli przekazywania cech tak pozytywnych jak i negatywnych, jest błędem wychowawczym. Czyż nie warto wyjątkowych zdolności rozwijać już od najmłodszych lat? Czyż nie łatwiej pozbywać się złych cech w młodości niż w późniejszym okresie życia? Badanie osobowości (np. pod kątem wyboru szkoły, profilu czy zawodu) ograniczające się do wypełniania kwestionariuszy i testów jest badaniem powierzchownym, warto byłoby „przyjrzeć się” ojcu, matce, dziadkom, po prostu – od czasu do czasu szczerze z nimi porozmawiać, oni dużo wiedzą o życiu, o sobie, o dzieciach. Co wiedzą dzieci o swoich rodzicach?: „48 procent polskich nastolatków w wieku licealnym nie wie, jakie ich ojciec ma wyksztalcenie” (źrodło: „NEWSWEEK” – 29.06.2008., s. 8. „Ojcostwo w liczbach”).
Szukanie i badanie swoich korzeni to nie tylko szansa rozpoznania pozytywnych i negatywnych cech, ale to także wczuwanie się w duchowy klimat swej rodziny; czyż nie jest ważna tradycja rodzinna, idee i dążenia przodków? Zbyt rzadko operujemy pojęciem „imponderabilia”, a jeśli już, to przy okazji dokonywania syntez i formułowania uogólnień, a przecież nic nie stoi na przeszkodzie, aby, mówiąc o duchowych wartościach rodziny, używać terminu „rodowe imponderabilia”.
Operowanie terminem „imponderabilia mojej rodziny” na pewno wzmacniałoby poczucie własnej wartości i mobilizowałoby do podejmowania wysiłków w kiewrunku pozytywnego rozwoju i zachowywania ciągłości egzystencjalnej rodziny. Brak takiego duchowego gruntu w rodzinie zastępwany jest jego substyutem w postaci doraźnie tworzonego klimatu prorodzinnego, niestety, tworzonego ad hoc i coraz częściej według zasady – ten jest bliższy, lepszy i ważniejszy, kto da więcej. Czy to nie stąd właśnie biorą się coraz droższe prezenty komunijne? Czy Komunia św., przeżywana w takiej ucztowo-prezentowej atmosferze, jest rzeczywiście przeżyciem sensu stricto duchowym? Czy takie quasi duchowe przeżycie nie staje się pewnego rodzaju szablonem, według którego będą przeżywane kolejne ważne zdarzenia w życiu człowieka?

 (27) „Mądrość” niektórych matek

Znam kobietę, która swojemu dorastającemu synowi powiedziała: „Jeśli nie będziesz kontaktował się z ojcem, to kupię ci samochód.” Nie wiem, co oferowałą swojej dorastającej córce, ale wiem, że szkoliła ją, jak ma kłamać, aby wyszło na to, że jest przez swego ojca molestowana seksualnie! Różne są matki, warto wiedzieć, że nie brakuje i takich, jak ta, o której wyżej wspomniałem!


(28) Komu jest potrzebna „Kamasutra” ojca Knotza?

W „Rzeczypospolitej” nr 132 (8338) z 6-7 czerwca b.r. pani Agnieszka Rybak (autorka artykułu „Skandalista ojciec Knotz”) cytuje następujące słowa o. Knotza: „Dlatego zawsze będę pisać, że jestem twórcą katolickiej Kamasutry. Nie pojawi się natomiast zdanie, że Ewangelia może być inspiracją udanego życia seksualnego. Różaniec nigdy nie będzie przedstawiony atrakcyjnie, za to wszyscy pochylą się nad głębią medytacyjną mantry …” Jeśli rzeczywiście o. Knotz tak myśli – a słowa, zwłaszacza te publicznie wypowiadane, odbiera się przecież jako „kopię” procesu myślenia osoby się wypowiadającej – to ja, nie ksiądz, nie zakonnik, tylko prosty chrześcijanin (mający czwórkę dorosłych dzieci i kilkumiesięczną wnuczkę) bardzo współczuję ojcu Knotzowi, albowiem z zacytowanych jego słów wynika, że nie dostrzega on związku między sferą duchową, a sferą seksualną. Jeśli duchowość tak kobiety, jak i mężczyzny jest na odpowiednio wysokim poziomie, to o seks nie muszą się oni martwić, a nawet zaszkodziliby sobie, gdyby zaczęli go uprawiać „pod dyktando” takiej czy innej Kamasutry, albowiem także i w tej dziedzinie jest ważna własna inwencja i autetyczne poszukiwania, które prowadzą do odkrywania indywidualności i poczucia niepowtarzalności przeżyć, a zatem umacniają związek, a nie rozluźniają go, co ma najczęściej miejsce wtedy, gdy próbuje się być „dobrym/dobrą” naśladując rzekome autorytety „w tej sprawie”.
Myślę, że większość chrześcijan byłaby bardziej uszczęśliwiona wyjaśnieniami dotyczącymi duchowości niż cielsności, bo z pewnością wielu już odkryło, że duchowość warunkuje satysfakcję w sferze cielesności, a nie odwrotnie, ale cóż, łatwiej jest mówić o penisie, pochwie i hormonach, niż o duszy. Kto, wobec tego, ma mówić o duszy?! A może nie trzeba zaprzątać ludziom głowy duszą, skoro, jak twierdzi o. Knotz (cytat z w/w artykułu): „… chrześcijaństwo nie jest z tego świata i na tym świecie nie będzie propagowane.” Kiedyś słyszałem takie powiedzenie: „Trzeba być najpierw zdrowym zwierzęciem, żeby być człowiekiem.” Ja powiem tak: Istnieją dwa poziomy komunikacji – zwirzęcy i ludzki, komunikację na poziomie ludzkim warunkuje duchowość. To właśnie od stopnia duchowości zależy to, czy czujemy się bardziej człowiekiem, czy bardziej zwierzęciem niezależnie od tego, co w danej chwili czynimy, jaki zawód wykonujemy, do jakiej misji zostaliśmy powołani.

(29) Prawdziwość łez po śmierci króla popu

Te łzy są rzeczywiście prawdziwe, umarł przecież ktoś, kto pociągnął za sobą miliony ludzi – 700 milionów sprzedanych plyt! Jak to jest możliwe? Odpowiedź jest bardzo prosta, wystarczy sięgnąć do jednej z książek Thomasa Mertona – np. „W natarciu na niewypowiadalne”- a zrozumienie mechanizmu tego typu zjawisk społecznych przychodzi z wielką łatwością. „Ta okropna łatwość – pisze T.Merton – z jaką dochodzi do uwiedzenia, nie dlatego że jest pożądane, ale dlatego, że stanowi część nieubłaganego trybu wydarzeń, od którego nie ma ucieczki. Owa nieubłagana logika tego świata strachu.” O jaki strach chodzi? O strach przed byciem samym i byciem sobą! „Niesiemy wciąż ciężar złudzeń – pisze T.Merton – ponieważ nie mamy śmiałości, by go odłożyć. Znosimy wszystkie te potrzeby, jakie narzuca nam społeczeństwo, ponieważ gdybyśmy tych potrzeb nie mieli, utracilibyśmy naszą społeczną „użyteczność” – użyteczność naiwnych osesków. Boimy się być sami i być sobą, a co się z tym wiąże, przypominać innym o prawdzie, która w nich jest.” Oto cała „filozofia” fenomenu Michaela Jacksona, nad wyjaśnianiem której tak się pocili niektórzy profesorowie socjologii zapytywani w tych dniach przez dziennikarzy.
Na pewno nie każdy zrozumie wyżej zacytowane słowa T.Mertona, ale to właśnie „dzięki” nierozumieniu tych słów, ten świat jest taki, a nie inny, a dziwienie się „mu”, czy popadanie w zachwyt, bądź roszczenie do „niego” pretensji, za to, że jest taki, jest bezsensowne; jest jednak bardzo pożądane rozumienie tych „mechanizmów”, które czynią ten świat takim, a nie innym. Ci, którzy rozumieją te „mechanizmy”, to, albo manipulują ludźmi, albo próbują im pomoc, jak np. w/w T.Merton, co też i ja staram się czynić, mając pełną świadomość tego, że najcześciej jestem lekceważony, a nawet wyśmiewany, ale lepiej być w takim położeniu rozumiejąc jego przyczyny, niż wyśmiewać kogoś z pozycji człowieka mającego zawężoną świadomość siebie i rzczywistości.

(W dzień po pogrzebie Michaela Jacksona)

(30) Małżeństwo – to nie tylko tradycja i romantyzm!!!

Kto nie miał kilkorga dzieci w zbliżonym do siebie wieku, ten niewiele wie na temat dziecięcej psychiki. Ktoś, kto naprawdę pragnie dobra dziecka, to zawiera związek małżeński, a wielodzietności nie nazywa bezmyślnością! Dopiero wtedy, kiedy się zobaczy dwoje, troje czy czworo bawiących się w domu dziciaków, zaczyna się rozumieć sens małżeństwa; te dzieci naprawdę się bawią, a najwspanialszą ich zabawą jest odgrywanie scenek z życia rodziny, właśnie wtedy bawią się najradośniej i są najszczęśliwsze na świecie, a najbardziej bawi ich odgrywanie tych zachowań rodziców, które są z ich – i jak się okazuje, także z obiektywnego – punktu widzenia, błędne, głupie i niedojrzałe. Normalni rodzice, tj. matka i ojciec pozostający w związku małżeńskim (bo tylko w obecności tak żyjących rodziców, tego rodzaju zabawa jest możliwa), dyskretnie obserwując taką zabawę mogą się wiele nauczyć, a więc ich własne dzieci (zupełnie nieświadomie) pomagają im dorastać do pełnienia roli matki i ojca. Dzieci, będące w związkach pozamałżeńskich, nie mają możliwości (nie istnieje dla nich bezpieczna przestrzeń życiowa) odbywania takich zabaw, owszem, bawią się, ale są to innego rodzaju zabawy, zabawy te nie wyzwalają autentycznej, pełnej radości, a więc nie czynią tych dzieci prawdziwie szczęśliwymi, co będzie miało, niestety, bardzo znaczący (negatywny) wpływ na ich dlasze życie.

 (31) Świadomość metafizyczna (1)

Takie pojęcia jak: „duchowość”, „metafizyka” czy „Drabina Trudnych Pytań” należą do tych terminów, którymi ludzie posługują się coraz rzadziej. Dziewięć lat temu Krzysztof Zanussi udzielił wywiadu Justynie Tawickiej („Przkrój” Nr 45/2889, 5 XI 2009 r.), w którym min. powiedział: „Nasz świat jest trudny do opisania, bowiem z jednej strony wykradamy przyrodzie tajemnice, z drugiej zaś – tracimy kontakt z tajemnicą. Panuje głęboki zamęt. Dzisiejsze społeczeństwo pełne jest wewnętrznych sprzeczności. Dlatego tak trudno nam opisać samych siebie.” Będąc na miejscu J.Tawickiej, słowo „tajemnica”, użyte w kontekście zwrotu „tracimy kontakt z …”, napisałbym dużą litera. Kontekst całego wywidu wskazuje na to, że K.Zanussi nie miał na myśli jakiejś tam „tajemnicy”, ale tę największą – metafizyczną Tajemnicę, Tajemnicę, jaką jest Absolut. Refleksja nad tą Tajemnicą prowadzi do refleksji nad Człowiekiem i vice versa – głęboka refleksja nad Człowiekiem zawsze prowadzi do refleksji nad Absolutem, a więc w słowie „Tajemnica” kryje się zarówno Absout jak i Człowiek. Ojciec Wiesław Dawidowski pisząc artykuł („Tygodnik Powszechny” Nr 15, 10 kwietnia 2005 r.) na temat teologii Jana Pawła II zatytułował go „Tajemnica człowieka”, w artykule tym przypomina słowa Jana Pawła II: „Chrystusa nie sposób zrozumieć bez człowieka, człowieka nie sposób zrozumieć bez Chrystusa”. Ojciec W.Dawidowski w w/w artykule przypomina rownież słowa, jakie już w r. 1964 zawarł w swojej książce „Blask wiary” kardynał Avery Dullas: „Dullas uznał wolność osoby i aksjologię chrześcijańską, zakorzenione w Ewangelii, za zasadniczą oś teologii Jana Pawła II.”
Innym terminem, jakiego użył K.Zanussi w w/w wywiadzie, jest „ślepota metafizyczna”, ślepoty tej powinni się pozbywać zwłaszcza ci, którzy mają duży wpływ na jednostki ludzkie, np. artyści. „Artysta – pisze Edyta Stein w „Byt skończony a byt wieczny” (Wydawnictwo „W drodze”, Poznań 1995, s.257) – nosi w swej n a t u r z e pęd do tworzenia i rodzaj „pomysłów” (Entwürfe), jakie może on uczynić swoimi. Dlatego istnieją określone i d e e, które go „pociągają” i które może urzeczywistniać. Kiedy je urzeczywistnia, wtedy stają się rzeczywiste nie tylko odpowiednie dzieła, lecz urzeczywistnia się rownież jego własna istota, on sam osiąga wyższy stopień wykończenia w bycie. Z drugiej strony, gdy dąży on do czegoś, czego mu własna natura odmawia, wtedy chybia nie tylko jego dzieło, lecz on sam staje się karykaturą siebie samego.”
W mózgu czlowieka jest miejsce dla metafizyki: „Ta „niema” część mózgu – pisze profesor psychiatrii Hoimar von Ditfurth w książce Duch nie spadł z nieba – która oddaje nam parę miliardów komórek nerwowych do swobodnej dyspozycji, stanowi materialne podłoże niewyczerpanego bogactwa możliwych sposobów ludzkiego zachowania…. Od projektów systemów metafizycznych począwszy, a na budowie obozów koncentracyjnych skończywszy, od dzieła sztuki do czynu zbrodniczego, od dobrowolnego całopalenia w imię ideału czy ludzkości do zdolności bycia bardziej zwierzęcym od wszelkiego zwierza – prawie nieograniczone jest pole otwartych dla nas możliwości, ponieważ mamy płaty czołowe.”
Zamieszczone wyżej cytaty mają umożliwić (żywie taką nadzieję) Szanownemu Czytelnikowi dostrzeżenie podstaw i kierunku, w jakim będą zmierzały moje „metafizyczne felietony”; jest oczywiste, że nie jestem teologiem (ukończyłem Wyższą Skołę Pedagogiczną w Krakowie i Studium Doktoranckie w Instytucie Badań Edukacyjnych w Warszawie), ale skoro czuję ten „metafizyczno-teologiczny wiatr”, jako sprzyjający mojej życiowej wędrówce, to dlaczego miałbym mu skąpić powierzchni mego żagla?

(32) Świadomość metafizyczna (2)

Im wyższy poziom świadomości metafizycznej tym silniejsze pragnienie bliższego poznania Boga, ale czy poznanie Boga jest w ogóle możliwe? Wielokrotnie cytowany przeze mnie Thomas Merton pisze tak: „W medytacji nie staramy się dojść do wiedzy o Bogu, tak jak gdyby był On podobnym do innych przedmiotem, który podlega naszemu badaniu i może być opisany ścisłym językiem nauki. Staramy sie raczej poznać Boga samego, ponad poziomem wszelkich przedmiotów, które On stworzył i które jawią się nam jako określone „rzeczy”, odrębne od siebie, z jasno ustalonymi „granicami”. Nieskończony Bóg nie ma granic i nasz umysł nie może nakładać ograniczeń na Niego ani na Jego miłość. Jego obecnośc jest zatem „uchwytna” w najbardziej podstawowej świadomości miłującej wiary; jest „uświadamiana” bez precyzyjnego naukowego poznania, dzięki któremu poznajemy próbkę pod mikroskopem. Jego obecności nie można zweryfikować, jak weryfikuje się doświadczenie laboratoryjne. Mimo to Jego obecność można sobie uświadomić na sposób duchowy, o ile tylko nie domagamy się jej potwierdzenia. Jeśli bowiem usiłujemy zweryfikować duchową obecność jako przedmiot ścisłej wiedzy – Bóg nam się wymyka.” („Modlitwa kontemplacyjna”, Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze, 2005; s.111-112).

 (33) Świdomość metafizyczna (3)

Świadomość metafizyczna pozwala dostrzegać paradoksy w otaczającym nas świecie, np.: Dr Haus, jak wynika min. z odcinka 101 (emitowanego w dniu 21 X 2009), kwestionuje istnienie, a na pewno – wpływ Boga na nasze ziemskie życie, ale, z drugiej strony, zasiada do pianina i gra, czyżby więc nie wiedział, że sztuka, ta prawdziwa sztuka pochodzi od Boga?, chyba że zadowala go kicz?, co jednak należałoby wykluczyć przy takim poziomie inteligencji. A więc, z jednej strony – zaprzecza istnieniu Boga, a z drugiej – czyni użytek z tego, co „za sprawą Boga” znalazło się w posiadaniu człowieka.!
Felieton nie jest formą wypowiedzi przeznaczoną do głębokiego i szerokiego analizowania problemu czy zjawiska, posłużę się więc – dla wykazania słuszności uwagi ad. dr Hausa – krótką wypowiedzią Plotyna, oto ona: „Mówimy, że rzeczy tu są piękne za sprawą udziału w nich idei. Wszystko bowiem, co bezkształtne i co powinno według swojego naturalnego przeznaczenia przybrać kształt i idę, jest brzydkie i pozostaje poza boskim rozumem, jak długo nie ma udziału w rozumnym planie i idei. … Tak więc piękno powstaje za sprawą udziału w rozumnym wątku, który przybywa z bożej krainy.” (Plotyn Enneady – „O pięknie”, Wydawnictwo AKME, Warszawa 2000).
Czytelnik niniejszego felietonu, rozwijający swoją świadomość metafizyczną, z pewnością zauważa wiele innych paradoksów w otaczającym nas świecie, to właśnie dzięki min. tej umiejętności dostrzegania wzrasta nasza odporność na przemoc świata wobec człowieka.

 (34) Zaistnieć poprzez ograny płciowe

Może wreszcie, za sprawą „pikantnych zwierzń i pikantnego filmiku” (o których to zwierzeniach i o którym to filmiku informowała w dniu 1. 02. 2010 r.TVP1 – Wiadomości o g.19.30) Szesnastolatki, funkcjonariusze publiczni (policjanci, prokuratorzy, kuratorzy, sędziowie) zaczną dopuszczać do głowy myśl, że nie tylko chłopcy i mężczyźni bywają podli i okrutni, ale także dziewczęta i kobiety są zdolne do przejawiania okrucieństwa i sadyzmu, i często wcale nie dlatego, że ktoś je do tego prowokuje, a one „muszą”, działając w obronie własnej i w rzekomym afekcie, zdobywać się na takie „wyczyny”. Oczywiście, że znajdą się tacy, którzy będą obwiniać tylko i wyłącznie tego Dwudziestojednolatka (o którym, jako samobójcy, była mowa w w/w Wiadomościach TVP1), jakże mogłoby być inaczej, – znajomość pychologii (zwłaszcza psychologii rozwojowej, a w szczególności psychologii wieku dorastania) nie jest mocną stroną naszych fukcjonariuszy, a narzucane odgórnie schematy rozumowania są, dla niektórych z nich, świętością.

 (35)  Słowo o Tragedii Narodowej

Ta Tragedia nie powinna mieć miejsca, i nie musiała się zdarzyć, ale się zdarzyła. We wszystkim można się dopatrzeć jakiegoś sensu, trzeba jednak odróżniać „sens dziejowy” od „sensu okolicznościowego”; ten ostani daje się wpleść w „sens dziejowy”, niemniej jednak są to dwie różne sprawy. Ja myślę, że brakuje nam świadomości, (nie myślę w tym momencie o tzw. świadomości zbiorowej, ale o świadomości pojedynczego człowieka), którą nazwałbym „świadomością unomultipex”; chodzi o to, żeby ważne sprawy umieć ogarniać jak najszerzej, bo im szerzej się je ogarnia tym bezpieczniejsza – z punktu widzenia zagrożenia ludzkiego życia – jest ich realizacja.
Na dzisiaj nie pozostaje nam nic innego, jak bardzo współczuć Rodzinom, które straciły w tej Tragedii swoich Bliskich.

Świdnik, 13 kwietnia 2010 r.

 (36) Mowa naszych ekspertów

Bardzo przeżyłem, i w dalszym ciągu przeżywam, tę straszną Tragedię Smoleńską, z wielką więc uwagą czytam i słucham wypowiedzi różnych ekspertów na temat tej katastrofy. Każdy normalny człowiek wie, że „ekspert” to jest to ktoś, kto dysponuje wyjątkowo dużą wiedzą na dany temat, tak dużą, że jego zdanie przyjmuje się jako prawdę, dlatego też różnego rodzaju instytucje, a wśród nich także i te, które zajmują się wymiarem sprawiedliwości, powołują się – podejmując decyzję, czy wydając wyroki – na opinie ekspertów. Nie dziwią mnie te wypowiedzi różnych ekspertów, na temat tej samej sprawy, które różnią się pewnymi szczegółami, a różnice te wynikają z obiektywnych trudności uniemożliwiających precyzyjne odniesienie się do przedstawianego problemu, ale, w/g mnie nie do przyjęcia są wypowiedzi pozostające ze sobą w sprzeczności, mimo, że dotyczą spraw, co do ustalenia których nie ma żadnych obiektywnych trudności. Np. jeden z ekspertów, występujący w TVP1 twiedził, że: „Nie ma czegoś takiego, jak zamykanie lotniska.”; natomiast inny ekspert, występujący także w TVP1, tylko w innym czasie, stwiedził: „Skoro nie było warunków do lądowania, to lotnisko powinno być zamknięte.” Miały, również w TVP1, miejsce sprzeczne wypowiedzi dotyczące procedur lądowania w Smoleńsku, jeden z ekspertów twierdził, że procedury zostały złamane, natomiast inny ekspert (w innym czasie) twierdził, że procedury nie zostały złamane. Każdy z wypowiadających się był przedstawiany jako ekspert w sprawach lotnictwa.
Dziwna jest ta mowa (i te opinie) naszych ekspertów. Kilka lat temu, występując w sądzie (we własnej obronie) zapytałem sędziny: Jak to jest możliwe, aby opinie ekspertów, dotyczące tej samej sprawy, pozostawały ze sobą w sprzeczności? Odpowiedź sędziny brzmiała: „Jest to możliwe, sąd zadecyduje, którą opinię wykorzysta.” A więc wygląda na to, że sprzeczne opinie są mile widziane, a może nawet bardzo potrzebne?!

Świdnik, 7 czerwca 2010 r.

 (37) W sprawie poezji Marii Goniewicz, tej, która wraz ze swoim kolegą zamordowali jego matkę i jego ojca.

Od czasu do czasu, na miarę moich możliwości czasowych, czytam tzw. poezje wspólczesną. Usłyszawszy o tej makabrycznej zbrodni i to, że tę zbrodniarkę znano min. dlatego, że pisała wiersze, postanowiłem natychmiast zapoznać się z jej twórczością. Na każdą poezję patrzę w ten sposób, aby móc odpowiedzieć na pytania, jakie wynikają z mojego rozumienia poezji, czyli z mojej definicji poezji; definicję tę zamieściłem w wywiadzie, jakiego udzieliłem pani Magdalenie Rademacher, a defincja ta brzmi tak: Poezja, tak jak wszystko, tak i ona, jawi się różnie i na różnych poziomach, dla jednych jest zabawą, dla innych – refleksją i zadumą, a to zależy od rodzaju scieżki, którą poeta się wspina na górę swego przeznaczenia. Oto te pytania:
1. Dokąd zmierza autor wierszy? Co mówi na temat sensu swego istnienia i sensu życia w ogóle?
2. Czy stara się iść własną ścieżką, czy korzysta z już wydeptanych ścieżek?
3. W jakim stopniu korzysta z dotychczasowego dorobku ludzkości?
Na pytanie 1. odpowiadam tak:

AUTORKA wydaje się być świadoma istnienia czegoś takiego, jak właściwy – powszechnie przyjęty – sposób rozumienia sensu życia człowieka, jednak akcentuje własny sposób rozumienia sensu swego życia, i wszystko wskazuje na to, że jest świadoma tego, iż ten jej sposób rozumienia nie „pokrywa się” z tym, powszechnie przyjętym sposobem rozumienia sensu życia. Nie wyglada na to, że jest zadowolona z tego własnego pojmowania sensu swego życia, ale i nic nie wskazuje na to, że podejmuje próby skorygowania swego rozumowania, godzi się z nim, a nawet chyba je akceptuje, świadczą o tym następujace wersy:
„mogę już wyjść do ludzi/ bo na ludzi nigdy nie wyjdę” (wiersz „Odbiór”).
„nie musisz iść za mną w ogień/ no i tak będzie piekło/ mam błąd wpisany/ w akt urodzenia/ żyję” (wiersz „Uwaga”).
Wydaje mi się, że ilość tzw. lajków (sto, a nawet 200) i pozytywne komentarze pod jej wierszami, dolewają oliwy do ognia, – to musi, z jednej strony, satysfakcjonować ją, ale z drugiej, potęguje ten mroczny klimat, w jakim się porusza.
Na pytanie 2. odpowiadam tak:
Wiersze, przy których stoją daty z wiosny i lata tego roku są mocno „samodzielne”, ale jeszcze mieszczą się w szeroko pojętej konwecji tzw. wiersza współczesnego. Wiersze z jesieni i ostatnie są czymś w rodzaju mielonych kotletów, jest w nich wszystko, emocje, marzenia, myśli, to wszystko wiruje, szamoce się; odnosi się takie wrażenie, że AUTORKA chce się przedstawić od jak najlepszej strony, ale jednocześnie chce pozostać sobą, tą z tym specyficznym sposobem rozumienia sensu swego życia; te dwa pragnienia są sprzeczne, stąd bardzo specyficzna forma (w/w „mielone kotlety”) tych ostatnich wierszy.
Na pytanie 3. odpowiadam tak:
Wie, że istnieje coś takiego, jak „dorobek ludzkości”, kultura, prawo, etyka, ale nie ma to dla niej większego znaczenia, cały czas forsuje siebie, odnosi się wrażenie, że w jej zanadrzu kryje sie silna potrzeba dokonania „wielkiego dzieła”, wielkiego, ale z jej punktu widzenia! Według mnie wyraziła to jednoznacznie w wierszu „Nienawidzę tytułów”. Ten wiersz, zamieszczony na Facebooku z datą 25 lipca br., był – według mnie – zapowiedzią, tego, co chce uczynić z „panią” i z „panem”.
Dziesiątki, a nawet setki lajków pod jej wierszami, czasami komentarze podziwu i zachwytu, – to rodzi pytania:
Dlaczego takie, pozostające w mrocznym klimacie, wiersze podobały/podobają się młodym ludziom?
Czy nie jest tak, że ludziom brakuje odwagi, aby spojrzeć krytycznie i wyrazić własne odczucie, zająć własne stanowisko?
Czy nie działa tu tzw. owczy pęd, – ktoś kliknął, napisał, że piękne, to ja też tak uczynię, bo tak samo, jak ten ktoś, czuję i myślę?
A może jest tak, że wielu młodych ludzi w ogóle nie potrafii sensownie dyskutować na poważniejsze tematy?

Świdnik, 17 grudnia 2014 r.

 

 

 

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *